POST GOŚCINNY Kasi z Czarno Na Kreatywnym: Smak żalu

     Pisanie jest dla mnie czymś więcej, niż tylko pasją. Już dawno weszłam w fazę czystego uzależnienia, które czasem nie pozwala mi normalnie funkcjonować. Jestem jednak człowiekiem: miewam swoje gorsze momenty, załamania, chwile zwątpienia. Dziś postaram się odnaleźć złoty środek i po prostu wytłumaczyć Wam, co jest t a k i e g o w sztuce zwanej pisaniem.

Magia słów, haj masochizmu, krzywdy i cierpienia

     Mam nadzieję, że ten hardcorowy podtytuł Was nie odstraszył. Muszę jednak przyznać, że gdybym miała w kilku słowach opisać, dlaczego kocham pisać, powyższe zdanie byłoby idealną odpowiedzią. Uwielbiam to robić, ponieważ w ten sposób po prostu mogę się wyżyć: stworzyć bohaterów, którzy są nieprzyzwoicie idealni, albo takich pełnych wad. Wymyślić postacie pełne cech ludzkich, kończące swój żywot na mój głupi kaprys. Tak to po prostu działa: to my — autorzy — jesteśmy władcami. To my pociągamy za sznurki, więc szczęście, powodzenie oraz ogólnie: życie postaci, zależy od nas.

Z czym to się je? Czyli jak nasz humor oddziałuje na pisanie

 Większość kobiecych czytelniczek tego wpisu doskonale wie, co dzieje się z nami podczas okresu. Jasne, mogłabym tu przytoczyć inny przykład, ale po co niepotrzebnie się bawić, skoro dzięki temu nakreślę wszystko tak, jak to być powinno? Prawdą jest, że każda z nas przechodzi menstruację na inny sposób, dlatego posłużę się przykładem z autopsji, czyli samą sobą. Widzicie: wyczuwam czerwone dni jakiś czas przed, obserwując zmianę we własnym zachowaniu. Łapie mnie dół, mam ochotę wszystkich pozabijać, albo — dla odmiany — zrobić krzywdę sobie (tu chodzi bardziej o wyzwiska, self-hate, niż cielesną krzywdę, spokojnie). Co robię, aby jakoś przeżyć te kilka ciężkich dni? To proste: testuję wytrzymałość moich bohaterów. 
Kiedyś myślałam, że co za dużo, to nie zdrowo. Bo w końcu ile mogą cierpieć stworzone przeze mnie postacie? Ale — jak się okazało — im więcej bólu, żalu oraz krwi, tym lepiej. Ludziom jest wtedy łatwiej współczuć protagoniście, łatwiej też idzie im zrozumienie motywacji największego złoczyńcy. Podsumowując: cierpienie jest dobre, ale musimy uważać, żeby naprawdę nie przesadzić. W tym wypadku nie ma raczej złotego środka, bo każdy autor musi iść na własne wyczucie, ponieważ łatwo jest przekroczyć granicę zdrowego masochizmu, a przesadzonego użalania się nad bohaterem.
Pamiętajcie, proszę, że opowiadanie nie może składać się tylko z jednego czynnika: chwile szczęścia, radości czy po prostu monotonii również są naprawdę dobre, a przede wszystkim: przydatne oraz naprawdę potrzebne, aby nadać postaciom cechy prawdziwych ludzi.
Jest naprawdę wiele rzeczy, które mogłabym teraz poruszyć: planowanie, tworzenie bohaterów, miast i całej reszty, ale zajęłoby mi to dobre piętnaście (jak nie więcej) stron, zmieniając ten krótki felieton w coś na kształt książki lub pełnoprawnego poradnika. Poniżej postaram się więc wytłumaczyć Wam te naj-naj-najważniejsze punkty, wymagane wręcz podczas prób pisania. Bo, widzicie, to nie jest tak łatwe, że o: otwieramy dokument i piszemy. O nie. Za tym stoi cała anatomia planowania, rozpoczynająca się na czymś tak niepozornym, jak wygląd bohatera, kończąc na złożonej magii jego umysłu oraz zachowań. 

To trzeba mieć na uwadze, zanim zacznie się tworzyć:

  • Kreację postaci, aby od początku ułatwić sobie pisanie.  Według mnie, kreacja postaci jest jedną z najbardziej wyczerpujących rzeczy. Trzeba mieć pomysł i widzieć wszystko: wygląd naszego bohatera, jego typowe odzywki, wady, zachowanie, nawyki, sposób w jaki się porusza, czy nawet je. Gdy jednak przebolejemy tę część, pisanie powinno pójść jak z płatka. Bohater sam wczuje się w opisywaną sytuację, reagując w swój mniej lub bardziej wyjątkowy sposób. Tu rzuci anegdotą, tam parsknie, chociaż sytuacja wymaga grobowej ciszy. Po prostu: swoim brakiem perfekcjonizmu odbiega od normy. Nie jest taki, jak wszyscy. 
  • Połączenie przyczynowo-skutkowe, bo żadna historia nie będzie wiarygodna, jeśli wydarzenia odbędą się — za przeproszeniem — z dupy. Jeśli Wasz bohater utracił kogoś bliskiego, logiczne jest, że musi przejść żałobę. Nie powinien więc następnego dnia wrócić do szkoły i udawać, że nic się nie stało. Istnieje oczywiście opcja tego, iż tak po prostu odrzuca od siebie żal, ale mimo wszystko warto jest wspomnieć powyższe wydarzenie, dodając, że cierpi wewnętrznie. Po prostu nadmieniać, że coś takiego miało miejsce i że uśmiercenie tamtej postaci miało głębszy sens. 
  • Charakter bohatera, a jego reakcja, aby mimo wszystko sprawnie wyjść z opisywanej sytuacji, nie strzelając sobie w kolano. Często spotykam w opowiadaniach postacie, które z pozoru są odważne, a w ryzykownej sytuacji mimo wszystko kruszą się niczym małe dzieci. Pod odpowiednią presją emocjonalną: jasne, mogą w końcu pęknąć, ale do tego punktu, którego kropla przelewa szalę goryczy, trzeba jakoś dojść. Drobne niepowodzenia, kilka żali i dramatów, które razem zniszczą naszą postać: tak, to jest wiarygodne, ale pamiętajcie, że jeśli od samego początku kreujecie bohatera na kogoś pewnego siebie oraz silnego, nie może zmienić się bez żadnej przyczyny. A skoro o tym mowa...
  • Pewność tego, co się robi, ponieważ czasem po prostu trzeba udawać, nawet jeśli to wierutne kłamstwo. Ten punkt jest przeznaczony do wszystkich twórców mojego pokroju, bo chociaż na swoim koncie mam już jedno wydanie, kilka opowiadań oraz rozpoczętą książkę, często cierpię twórcze katusze, ponieważ nie wierzę w to, że moje teksty faktycznie się do czegoś nadają. Inni widzą w nich to co dobre, chwalą (czasem oczywiście krytykują, bo to normalne, ale nadal nie wylewają na niego wiadra pomyj), więc gdzie leży problem? Ano w tym, że czasem autor nie umie uwierzyć w to, co robi. Bo przecież lepiej jest sobie ponarzekać, wzruszyć ramionami i wrócić do oglądania serialu. Lekcje się nie odrobią same, nowy film nie obejrzy się sam, a pisanie przecież nie ucieknie, może za miesiąc mi się zachce, może właśnie za miesiąc będą na tyle pewny/a swojego pomysłu, aby konsekwentnie przelać go na papier?
     Nieprawda. Tutaj musimy pobudzić w sobie impuls, który od samego początku wmawiał nam, że pomysł, który kiełkuje w głowie, ma potencjał. Bez względu na to, jak bardzo schematyczny: wyjdzie z niego coś dobrego, ponieważ w połączeniu ze stworzonymi przez nas postaciami, z wizerunkiem miejsca, dodającego uroku i nakreślającego nasz twór, końcowy owoc, czyli nasze opowiadanie, stanie się soczyste, wiarygodnie przepyszne oraz niesamowicie wyjątkowe. 
Wystarczy po prostu uwierzyć w siebie i swój pomysł: to tylko tyle i tyle. 


_____________
W poście wykorzystano zdjęcia stockowe. 


Proza życia

     Dzisiejsza propozycja to coś zarówno dla fanów kina, jak i miłośników literatury. Powodem tego jest, nie tylko fakt, iż film o którym powiem powstał na kanwie powieści, ale przede wszystkim to, że cała jego fabuła właśnie na pisaniu się opiera. Otóż, wyreżyserowany w ubiegłym roku przez Manuela Martína Cuenca Autor opowiada o zmaganiach pretendenta do zostania pisarzem. Stworzyć własne dzieło, przelać myśli na papier, wykreować własny styl piśmienniczy... Marzenie zapewne niejednego. Problem tkwi w urzeczywistnieniu celu, bo sztuka wymaga wielu czynników, które składają się na powodzenie. Przede wszystkim, ile procent sukcesu to ciężka praca, a ile samorodny talent? Czy wysiłek, nakład czasu i pieniędzy zawsze się opłaci? Czy można zostać cenionym pisarzem bez zaangażowania w temat? Czy można się tego nauczyć? I w końcu...czy talent jest naprawdę niezbędny?

       Autor 
Álvaro (Javier Gutiérrez) jest urzędnikiem w kancelarii notarialnej w Sewilli. Wiedzie dość nudne życie, które mimo wszystko nie jest pozbawione marzeń. Za wszelką cenę chce zostać pisarzem, ale teksty wychodzące spod jego pióra są pretensjonalne i bez wyrazu. Jego żona, twardo stąpająca po ziemi Amanda (María León), nigdy nie śniła, by zostać autorką książek, jednak pisze romans, który staje się bestsellerem. Separacja wisi w powietrzu. Álvaro postanawia spełnić swoje pragnienie - stworzyć wielką powieść. Pod skrzydłami nauczyciela, Juana (Antonio de la Torre), nie zważając na brak talentu i wyobraźni, zaczyna pisać. Bez skrupułów manipuluje sąsiadami i przyjaciółmi. Pewnego dnia fikcja przeradza się w rzeczywistość.*
 

    Na wstępie trzeba powiedzieć, że jest to kino typowo hiszpańskie. Z jego dynamiką, eksploatacją emocjonalną i bezpruderyjnością. Chociaż Cuence daleko do Almodóvara w kwestii łamania tabu społecznego to należy pamiętać, że tego typu motywy są charakterystyczne dla Hiszpanów. Drugą znamienną rzeczą jest usytuowanie całej akcji w Sewilli. Każdy region tego kraju ma swoje odrębne cechy, które wpływają na styl życia czy  światopogląd. Andaluzja to prowincja o zakorzenionym anarchizmie. Wielobarwność oraz otwarty sposób bycia mieszkańców miesza się z odwagą do sprzeciwiania się temu co powszechnie przyjęte za normę. Obszar artystów, indywidualistów, teren rolniczy, nie do końca kompatybilny z tym, co reprezentuje sobą chociażby przeludniony, wiecznie w pełni sił  Madryt. Jakby o tym pomyśleć to, gdzie jak nie tam, można by spotkać osobę pokroju głównego bohatera, który po wielu latach bezskutecznych starań nadal wierzy, że zasili szeregi twórców literatury wysokiej. 
Nie wolno tracić kontaktu z ziemią, bo to jedyny sposób by pamiętać jak wysoki jesteś
        Przyznam, że czytając opis fabuły, spodziewałam się czegoś w kolorycie komedii. Niedorobiony twórca, manipulujący sąsiadami, by przelać ich losy na papier i uczynić czytelniczym dziełem dla potomnych. Czyż to nie brzmi jak dobra farsa? Oczami wyobraźni widziałam drobne figle ku utarciu nosa wścibskiej sąsiadki albo delikatne podpuszczanie sąsiada, by odważył się na flirt z kobietą z naprzeciwka.  Nic bardziej mylnego. Można powiedzieć, że elementy humoru tutaj bardziej bywają niż są. Dotyczą komizmu wypowiedzi albo zachowania, ale jest to przede wszystkim dramat w gatunkowym i życiowym tego słowa znaczeniu. Już na samym początku, na głównego organizatora całego zamieszania spadają plagi egipskie w postaci braku postępu w rzemiośle piśmienniczym, życiu w cieniu kunsztu żony-pisarki oraz późniejszym rozpadzie małżeństwa, na skutek którego musi szukać nowego lokum. Dążenie do spełnienia marzenia o napisaniu powieści życia pochłania całą akcję filmu. Widz jest świadkiem całego procesu od nauki posługiwania się słowem, przez szukanie weny, aż do konfrontacji z krytyką osób trzecich. Ale, Autor to nie “tutorial” wydawniczy. Kwestia szukania inspiracji skłania do refleksji nad tym jak bardzo twórca może wzorować się na prawdziwych faktach i osobach. W którym momencie kończy, a w zasadzie powinna się kończyć, obserwacja, a wkroczyć wodze fantazji. Ale co, jeśli to nie prawdziwe życie zawładnie wyobraźnią, lecz odwrotnie? Jak się okazało, aby stworzyć historię i jej postacie, Álvaro, potrzebuje pierwowzoru z zewnątrz. To co na początku wydaje się wygłupem na rzecz uruchomienia kreatywności pisarskiej, szybko przemienia się w gigantyczne kłamstwa, manipulacje oraz przekręty. Tytułowy autor traci zdrowy rozsądek, przelewając fikcję na rzeczywistość. Cel pochłania go do tego stopnia, że zaczyna uświęcać środki, a te stają się coraz bardziej wyrachowane i niebezpieczne.  Tylko, co jest celem w pisaniu powieści...Uznanie, ilość sprzedanych kopii, a może sama radość tego co się robi?  Scenarzysta i reżyser pozostawiają widzom spore pole do interpretacji oraz przestrzeń do wyciągania własnych wniosków. Pisarz-urzędnik to postać złożona, tak samo jak sytuacja w której się znalazł. Twórcy filmu zadają pytania, które wcześniej przytoczyłam. Zwracają uwagę na znaczące aspekty pracy artystycznej, jednak odpowiedzi pozostawiają odbiorcom.
Zawsze znajdzie się ktoś dla kogo jesteś kiepski. Jeśli lubisz pisać (...) w czym pomoże Ci czyjaś opinia?
       Akcja filmu jest wartka. Na ekranie dużo się dzieje, nie ma czasu na nudę. Od strony reżyserii bardzo spodobał mi się motyw teatru cieni. Dobrze wyglądało to wizualnie, ale również można doszukać się tu znaczenia metaforycznego - zmanipulowani sąsiedzi, niczym bezwiedni aktorzy w przedstawieniu Álvaro. Osobiście, trochę rozczarowało mnie zakończenie. Choć nie można mu zarzucić banalności, brakowało mi pewnego dopowiedzenia tej historii.
     Generalnie, jedna z lepszych produkcji hiszpańskich. Bez sztuczności, przerysowania - co, wydaję mi się, zawdzięczamy aktorom. Chwilami, zbyt chaotycznie, ale nie trudno było połapać się w faktach. O sztuce, moralności i o tym czy lepiej złapać królika czy gonić.

____________________
Opis filmu pochodzi z Filmweb


Dlaczego nie zrecenzuję "Zimnej wojny"

     O tym, jak bardzo filmy Pawlikowskiego cieszą się powodzeniem, mówić nie trzeba. Tym bardziej, że gromkie brawa płyną nie tylko od polskiej publiczności, ale także,  jeśli nie przede wszystkim, od zachodnich krytyków i widzów. Sukces Idy zwieńczył sam Oscar, a tegoroczna Zimna Wojna świeciła laury w Cannes za najlepszą reżyserię. I o tym ostatnim filmie dziś mowa. Otóż po obejrzeniu samego zwiastuna wiedziałam, że ów produkcję zobaczyć po prostu muszę. Przyznam, że było to moje pierwsze spotkanie z reżyserem, gdyż tematyka wojenna nigdy nie była moją domeną. Przywoływanie ogromu tragedii lat ‘39-’45 działa na mnie traumatycznie, a kino daje wyrazistsze sugestie  niż opisy na kartach podręcznika do historii. W każdym razie na film nagrodzony na francuskim Lazurowym Wybrzeżu wybrałam się natychmiast po premierze, urzeczona kilkuminutową zapowiedzią. I tutaj dochodzimy do sedna postu…

Zimna Wojna
Historia wielkiej i trudnej miłości dwojga ludzi, którzy nie potrafią być ze sobą i jednocześnie nie mogą bez siebie żyć. W tle wydarzenia zimnej wojny lat 50. w Polsce, Berlinie, Jugosławii i Paryżu.* 

     To jest ten moment, w którym powinnam przejść do recenzji. Problem polega na tym, że postanowiwszy napisać tu o tej propozycji kilka słów, dotarło do mnie, iż absolutnie nie posiadam warsztatu, by móc temu podołać. Przede wszystkim brakuje mi wiedzy z zakresu filmoznawstwa. Pawlikowski praktycznie w każdej swojej produkcji podchodzi do tematu nowatorsko. Tworzy obrazy, które nawet moje niewyspecjalizowane oko uzna za odchodzące od przyjętego kanonu. Każdy kadr, równie dobrze, mógłby być samodzielnym zdjęciem. Wiele tam też symboliki, jak chociażby, znane już widzom Idy rozwidlenie dróg, które zostało wykorzystane przez reżysera powtórnie, ze względu na niepowtarzalność tego miejsca. Druga umiejętność, której mi brakuje to subtelność pióra. Moje siermiężne wypowiedzi nie pasują wytworu sztuki, aż nader subtelnego. Stąd, nie ma mowy o jakiejkolwiek recenzji. Jednak, nie wydobyć z siebie ani pół zdania, też nie mogę, ponieważ jest to zbyt wart polecenia film, by siedzieć cicho. Zatem, pozwólcie, że podzielę się moimi własnymi wrażeniami z seansu. 
        Z racji tego, że opis fabuły był lakoniczny, nie do końca wiedziałam z czym będę mieć do czynienia. Oczarował mnie czarny plakat oraz jazz w tle. Cała reszta owiana była dla mnie wielką niewiadomą. Szybko okazało się, że to co widzę przed sobą w zaciemnionej sali kinowej, to przede wszystkim, arcydzieło wizualne. Te ujęcia zanurzone w czerni i bieli same w sobie były dla mnie estetyczną ucztą. Pomijając absolutnie wszystkie inne elementy filmu, już sam obraz był czymś niezwykle klimatycznym, zjawiskowym, niemal magicznym. Budował niesamowity klimat, w którym widz chce jak najdłużej pozostać. Niezależnie od tego czy, akurat, ukazywał się na ekranie wytworny Paryż czy brudna, komunistyczna Polska. Cokolwiek by się nie działo i tak nie można było oderwać wzroku. 
        O ile żyłam w przeświadczeniu, że Joanna Kulig utalentowaną aktorką jest, o tyle o Tomaszu Kocie zdanie miałam neutralne.  Na pewno zmieniło się po zobaczeniu go w tej roli, oczywiście na duży plus. Z kolei Agata Kulesza to ten typ odtwórcy, który nawet jeśli pojawi się na taśmie na dwadzieścia minut, to i tak ze względu na charyzmę i talent będzie zapamiętany. A Borys Szyc zdecydowanie powinien być bardziej  kojarzony z takich wcieleń, aniżeli z serialowo-komediowymi postaciami. Jednym słowem rodzimych aktorów mamy dobrych, jeśli znajduje się ktoś kto naprawdę chce pokazać ich atuty. 
         Z zachodu zew wolności w postaci jazzu, zarówno ten energetyczny, jak i liryczny, niekiedy, z francuskimi tekstami. Ze wschodu, zasłoniętego żelazną kurtyną, to co nam bliskie, tożsame, a obecnie nieco zmarginalizowane, choć po cichu na nowo powracające do łask  -  pieśni i tańce ludowe. Dla mnie jako dziecka globalizacji takie zaznaczenie odrębności kulturowej w filmie współczesnym to młyn na moją wodę. A zabawa aranżami w obrębie tych dwóch gatunków pokazuje jak bardzo szeroki zakres ma muzyka. 


      Historia szalona, sprzeczna, elektryzująca. Nie tylko ślepa miłość, ale też wyobcowanie emigracji. Tytuł to nawiązanie do sytuacji politycznej, a także relacje między bohaterami. Spryt, wyrachowanie, nierozwaga, bo jak się okazuję, warunki wytyczają zachowanie. A przecież w miłości i na wojnie wszystkie ruchy dozwolone, poza tym najbardziej pragniemy tego, czego mieć nie możemy.
Nie chcę zdradzać fabuły, bo myślę, że każdy powinien zapoznać się z nią na własną rękę. Bowiem scenarzysta zostawił szerokie pole do interpretacji i w tym cały kunszt tej historii, by poszczególne fakty dotyczące filmu, dochodziły do widza po czasie.  W każdym razie oglądając, nurtowało mnie jaki, ta oto, niełatwa fabuła może mieć koniec. Punkt kulminacyjny wywołał na mojej twarzy prawdziwe zdziwienie, a definitywne zakończenie przyprawiło o osłupienie. 
         Wychodząc z kina zabrałam ze sobą pamięć o tym obrazie jeszcze na kilka kolejnych dni. 
Mogę od siebie powiedzieć, iż to co zobaczyłam jest w moim rozumieniu sztuką. Poleciłabym, mimo wszystko, każdemu, bo bez względu na upodobania tego rodzaju produkcję warto zobaczyć. Przynajmniej po to, by móc uargumentować, co się nam nie podobało. Być może nie jest to kino najłatwiejsze, dosłowne, ale jakże czarujące!
__________
Opis pochodzi z Filmwebu

Dotykać życia z każdej strony...

  Nic nie poradzę na moją słabość do książek. Czytanie, przeglądanie, pożyczanie, kupowanie...Wpuść mnie do księgarni tudzież biblioteki, a zobaczysz mnie najwcześniej za dwie godziny. Powoli zaczynam przekonywać się do wersji elektronicznych, jednak, co tradycyjny papier to tradycyjny papier. Jako, że ostatnimi czasy nie miałam zbyt wielu wolnych chwil na rekreacyjne książki, zaczęłam piętrzyć sobie z nich stosik z etykietką na wakacje. Większość z nich zakupiłam okazyjnie na wszelkiego rodzaju promocjach, przecenach albo w znacznie tańszej  wersji kieszonkowej. Pozycję z którą dzisiaj przychodzę, odnalazłam w wielkim biedronkowych koszu z napisem trzy w cenie jednej. Zaciekawiła mnie w pierwszej chwili okładką, a później opisem, bowiem aktualnie najbardziej ciekawią mnie powieści z wątkiem tajemnicy, bądź niedomówień. Świadoma, że najpewniej nie jest to dzieło dekady, a raczej lekkie czytadło, wróciłam z nią do domu z myślą o chwilach, gdy nadmierne  myślenie niekoniecznie będzie pożądaną u mnie czynnością. 

Randall Wallace - Dotyk
Lara Blair, wybitny chirurg, właścicielka firmy specjalizującej się w tworzeniu sprzętu umożliwiającego przeprowadzanie nowatorskich operacji, szuka rozwiązania skomplikowanego problemu medycznego. Poznaje Andrew Jonesa, niegdyś genialnego chirurga, który obecnie z tajemniczych przyczyn nie operuje pacjentów. Mikroskopijne rzeźby, precyzyjnie wykonane przez doktora przy użyciu sprzętu chirurgicznego, świadczą jednak o tym, że nadal jest on obdarzony dającym życie Dotykiem. Lara usiłuje namówić doktora Jonesa na współpracę. Poznaje jego sekret. Sama również nosi w sobie tajemnicę. "Dotyk" to piękna i ciepła opowieść o miłości, która potrafi przezwyciężać nawet największe przeszkody.*

    Przyznam, że nigdy wcześniej nie zetknęłam się z tym autorem, ale fani filmu Braveheart. Waleczne serce kojarzą go zapewne jako scenarzystę ów produkcji. Książka nie ma ani zbyt dużego formatu, ani też nie posiada zawrotnej ilości stron, dlatego czytało się ją szybko. Bardzo odpowiadała mi narracja trzecioosobowa, która co jakiś czas przeskakiwała między bohaterami, tym samym, ukazując, co działo się u każdego z nich w czasie bieżącym. Tym sposobem czytelnik ujrzał perspektywę każdej z dwóch stron i pełny obraz świata przedstawionego. Kolejnym ciekawym zabiegiem narracyjnym były liczne niedomówienia, kiedy to narrator nie werbalizował niektórych zdarzeń czy czynów, a mimo to doskonale było wiadomo co się wydarzyło, na podstawie zachowań postaci...bądź to odbiorcy wydawało się, że wie. Od czasu do czasu Wallace igrał z czytelnikiem, podsuwając mu na nietrafione sugestie, po to by z impetem wyprowadzić go z błędu w kolejnym rozdziale. A jeśli już przy rozdziałach jesteśmy...warto napomknąć o podziale pozycji. Otóż, wszystko składa się z trzech, oddzielonych od siebie tytułami, części - Nadzieja, Dar i Cud
    Tematycznie jest to powieść o stracie, samotności, traumie, ale także o woli walki, istocie pomagania, odnajdywaniu siebie i własnego miejsca oraz kwestii być czy mieć. Wspomniany powyżej cud to jedno z kluczowych pojęć. Autor chce szerzyć głęboką nadzieję, że rzeczy niemożliwe mogą się zdarzyć - człowiek może się do nich przyczynić, ale nigdy nie będzie absolutnie doskonały, to nie on posiada władzę nad życiem i śmiercią, jego decyzyjność, zdolność całkowitej samokontroli jest ograniczona. 


Tytuł pozycji nie jest przypadkowy. Jak się okazuje Dotyk nie jest tym samym, co jeden ze sposobów odbierania rzeczywistości - układ czuciowy  określany dotykiem. A więc, czym on, napisany z dużej litery  jest i co, tak właściwie, znaczy mieć Dotyk? To autor bardzo obrazowo wyjaśnia na kartkach książki. 
     Stworzenie fabuły, niewątpliwie, wymagało od Wallace’a orientacji w zakresie neurochirurgii. Świadczyły o tym dość obfite w terminologię naukową opisy. Wątek medyczny, moim zdaniem, był najbardziej trzymającym w napięciu. Referowanie, krok po kroku, przebiegów operacji lub badań powodowało, że niepokój i świadomość ryzyka udzielały się. Podobnie zresztą jak pozostałe silne emocje, które targały bohaterami. Zilustrowane na tyle dokładnie, by czytelnik wydobył z siebie pokłady empatii. Aspektem, który stanowił dla mnie mankament to nuta patosu w niektórych wypowiedziach czy stwierdzeniach. Czasami miałam wrażenie, że postacie nadają rzeczom trywialnym  zbyt wielkich określeń. Na szczęście nie zakłócało to mojego odbioru.
       Jak mówiłam, nie jest to dzieło wiekopomne. Nie sądzę, abym kiedykolwiek miała potrzebę sięgnięcia po Dotyk ponownie. Natomiast, była to znacznie lepsza propozycja niż oczekiwałam, więc cieszę się, że akurat na nią się zdecydowałam.  Autorowi przyświecała konkretna idea, którą objaśnił w dołączonym do powieści wywiadzie i którą z konsekwencją zrealizował. Plusem było to, że nie brakowało elementów zaskoczenia, oderwania od utartych schematów, co pozwoliło dobrnąć do końca w niepewności, co do przebiegu wydarzeń. 
_______
Opis pochodzi z Lubimy Czytać.

O rodzinie najlepiej w tajemnicy albo wcale

    Moja przygoda z tą pozycją zaczęła się przypadkiem - natrafiłam na rozdanie książkowe, gdzie do zdobycia  była właśnie ona. Zaciekawiona opisem zgłosiłam się i choć nie wygrałam postanowiłam zapoznać się z treścią. Nigdy wcześniej nie miałam sposobności na spotkanie z twórczością tej autorki, ale wiele opinii świadczyło o tym, że warto to zmienić. Tak więc, parę dni temu zanurzyłam się w tegorocznej powieści Doroty Gąsiorowskiej.

Dziewczyna ze sklepu z kapeluszami - Dorota Gąsiorowska
Ile tajemnic jest w stanie ukryć jedno serce i jedna rodzina?Kamelia wraz z babcią prowadzą w Krakowie rodzinne atelier z kapeluszami. Pewnego dnia w salonie pojawia się przystojny dziennikarz, zainteresowany stuletnią historią tego miejsca. Jego pytania dotykają jednak spraw, o których starsza pani wyraźnie nie chce mówić. Kilka dni później Kamelia otrzymuje od babci broszkę z zagadkową inskrypcją. Czuje, że prezent ten może mieć związek z rodzinną tajemnicą sprzed lat. Dziewczyna za wszelką cenę chce ją odkryć. Tymczasem dziennikarz zaczyna być bardziej zainteresowany piękną Kamelią niż historią pracowni. Na dodatek w życiu młodej kobiety pojawia się jeszcze jeden mężczyzna…Którą z tajemnic będzie Kamelii łatwiej rozwikłać – tę z przeszłości czy tę, która kryje się w jej własnym sercu?*

    Pierwsze na co nie dało się nie zwrócić uwagi to objętość. Liczba ponad 500 stron zapowiada, że spędzimy z bohaterami więcej czasu niż jeden wolny wieczór, a co za  tym idzie, mamy okazję albo długo delektować się rzeczywistością przedstawioną, albo do cna zmęczyć, ciągnącą się jak guma balonowa, fabułą. W moim przypadku miał miejsce pierwszy wariant. Sprawcami tak pokaźnie rozbudowanej powieści były po części liczne opisy, które z detalami wprowadzały w świat książki. Mimo iż, szczerze nienawidzę tak szczegółowo prowadzonej narracji, w tym przypadku nie sprawiała mi ona dyskomfortu w czytaniu, nie nudziła i nie powodowała, że przewijałam strony. Otóż, autorka zapraszając czytelników do grodu króla Kraka nie ma na myśli miasta smogu i tłumów turystów, a skupia się na urokach. Trafiamy do starej, majestatycznej kamienicy na dole której znajduje się stuletnie, rodzinne, eleganckie atelier kapeluszy. Obok kwitną krzewy, od czasu do czasu unosi się zapach kadzidełek, a dzień bez herbaty ze śmietanką w towarzystwie przyjaciółki domu to dzień stracony. Jednym słowem jest to sceneria, którą bardzo chętnie człowiek przemierza , zadomowia  się wśród bohaterów i nie chce ich zbyt szybko opuszczać. 
    Trzecioosobowa narracja idealnie sprawdza się przy motywie tajemnicy. Skrywane przez lata sekrety rodzinne stanowią główny wątek i są siłą napędową powieści. Autorka umiejętnie dozuje napięcie, powoli odkrywając karty. Poznajemy to co niewiadome stopniowo. Gdy mogłoby się wydawać, że historia stała się kompletna i już wszystko jasne, niespodziewanie dochodzą nieznane wcześniej fakty, które zupełnie zmieniają pogląd na sytuację. Osobiście, parę razy, podczas czytania, wydawało mi się, że potrafię przewidzieć dalszy rozwój wydarzeń, po to by jakiś czas później stwierdzić, że się grubo myliłam. Dzięki temu, powieść budzi ciekawość do ostatniej strony, gdyż dopiero wtedy można mieć pewność, że  nic nas już nie zaskoczy. 
    Kolejnym cennym aspektem książki jest wielowątkowość. Zagłębiamy się w losy więcej niż jednej osoby, mimo iż wszystkie są ze sobą powiązane. Przechodząc z wątku do wątku, niewątpliwie, nie można narzekać na monotonię. 
    Mimo, całego uroku oraz  pewnej sielskości, nie ma tu przesłodzenia. Gąsiorowska dość sprawnie opisuje emocje, a tych nie brakuje. Nastrój zmienia się na różnych płaszczyznach. Od spokoju czy harmonii, przez strach i niepewność do rozgoryczenia, żalu, bezsilności. 
    Dziewczyna ze sklepu z kapeluszami to połączenie dramatu, kryminału, powieści obyczajowej i romansu. Mnie w szczególności ujęła nieprzewidywalność i przemyślane prowadzenie akcji, gdyż w literaturze popularnej, lekkiej  ostatnio bywa z tym różnie. W przyszłości bardzo chętnie zapoznam się z pozostałą bibliografią autorki.
_________
Opis pochodzi z Lubimy Czytać

To kończy się na nas

    Prawdę mówiąc, nie planowałam pisać tej recenzji. Trochę ze względu na to, iż pozycja o której dzisiaj mowa, została dawno zalana morzem opinii. A więc z troski, żebyśmy się nie utopili, zamierzałam skupić się na czymś innym. Jednak, moja konfrontacja z tą pozycją, okazała się być na tyle specyficzna, zupełnie w kontrze do wszystkich głosów, które docierają do mnie na jej temat, że zdecydowałam dodać swoje trzy grosze. Nie chodzi o prowokację w stylu a ja uważam inaczej. Raczej bawi mnie fakt, że w obliczu zachwytów czytelników  nad tą książką - łez wzruszenia, rozstroju emocjonalnego i szczerych rekomendacji w ilości masowej, ja nie mogę w dalszym ciągu pojąć tego fenomenu. Ale, od początku…


    Pod koniec zeszłego roku ukazała się na rynku nowa powieść Coolleen Hoover It ends with us. Autorkę kojarzyłam z romansów dla nastolatków i młodych dorosłych. Z jedną jej książką, z resztą,  miałam styczność odległy czas temu, ale jakoś pamięć o niej szybko mi się rozmyła i nie przeczytałam w całości. Wracając do ubiegłorocznego wydawnictwa, natrafiłam na bardzo zachęcające recenzje, opatrzone komentarzami rozemocjonowanych czytelniczek. Mowa była nie tylko o ciekawej, rozbudowanej fabule, ale przede wszystkim o wartości merytorycznej, zawierającej elementy psychologiczne. W skrócie, ów książka ma za zadanie poruszyć, zmusić do myślenia, a umieszczone tam sformułowania stanowią prawdę życiową, do której wraca się na długo po przeczytaniu. Nic więc dziwnego, że po takim postawieniu  sprawy, ochota na zapoznanie się z treścią pojawiła się u mnie błyskawicznie. Od dawna szukałam ambitnej książki obyczajowej, skonstruowanej tak, by człowiek wynosił z niej coś więcej niż zabicie czasu. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Po kilku dniach komplementowane wszem i wobec, przez panie w różnym przedziale wiekowym, It ends with us znalazło się w moich rękach…Już sam opis zapalił w mojej głowie płomyk niepewności, ale przecież widziałam cytaty pochodzące z książki (wyrwane z kontekstu), a tak liczne grono opiniujących nie może, aż tak mocno, rozminąć się z rzeczywistością. Czy na pewno?

Czasem te osoby, które najmocniej nas kochają, potrafią też najmocniej ranić.
Lily Bloom zawsze płynie pod prąd. Nic dziwnego, że otworzyła kwiaciarnię dla osób, które… nie lubią kwiatów, i prowadzi ją z pasją i sukcesami. Gdy poznaje przystojnego lekarza Ryle’a Kincaida i rodzi się między nimi wzajemna fascynacja, Lily jest przekonana, że jej życie nie może być już lepsze.
Tak mogłaby skończyć się ta historia. Jednak niektóre rzeczy są zbyt piękne, by mogły trwać wiecznie. To, co się kryje za idealnym związkiem Lily i Ryle’a, jest w stanie dostrzec jedynie Atlas Corrigan, dawny przyjaciel Lily. Kiedyś ona była dla niego bezpieczną przystanią, teraz sama potrzebuje takiej pomocy. Nie zawsze jesteśmy bowiem dość odważni, by stanąć twarzą w twarz z prawdą… Szczególnie gdy przynosi ona tylko cierpienie.
Gdyby złamane serce mogło przybrać jakąś formę, stałoby się tą książką. Odważna i głęboko osobista powieść Colleen Hoover zdobyła w 2016 roku nagrodę czytelników Goodreads Choice Awards za najlepszy romans.*
    Myślę, że kluczowe w tym wszystkim było moje nastawienie i wymagania, które nakreśliłam sobie na długo przed zapoznaniem się z treścią. Elektryzujący frazes powieść psychologiczna za mocno wbił mi się w świadomość. Otóż nie przeczę, wątek przemocy domowej, powtarzania rodzinnych schematów, czy też problemy osobowościowe ze względu na traumy z dzieciństwa, determinował fabułę. Jednak głównie jest to romans przez duże R, z całą ckliwością niektórych wydarzeń. Mimo ciemnej strony, cukier wysypuje się łyżkami, a historia przybiera dość schematyczną formę, jak na pozycje z tego gatunku przystało. Z całym szacunkiem, ale czy można odmówić naiwności i polotu takim splotom wydarzeń, gdzie przypadek sprawia, że Rycerz Na Białym Koniu, pojawia się po wielu latach, w momencie ku temu adekwatnym, dziwnym trafem wolny i gotowy, by wmieszać się w sam środek akcji? Przykłady mogłabym mnożyć, bo odrealnionych od rzeczywistości sytuacji znalazło się tam dużo. Ale, przyjmę, że taka była konwencja. 
    Wspomniany przeze mnie motyw przemocy i powielania zachowań rodzinnych był, jak najbardziej, najmocniejszym punktem całej powieści. Na początku budził zaskoczenie, potem trzymał w niepewności. Interesowały mnie reakcje bohaterki - zamknięcie w błędnym kole, naiwność, ślepa miłość. Z kolei charakterystyka bohatera, również, częściowo tłumaczyła pewne mechanizmy - skąd w człowieku może brać się nieuzasadniona agresja i czy faktycznie jest nieuzasadniona. Dlatego, mocno ubolewałam nad potraktowaniem głównego wątku w sposób tak bardzo uproszczony. Akcja powieści, toczyła się za szybko. Mając do czynienia z tak skomplikowanymi relacjami, traumami wpływającymi na psychikę, piętrzącymi się przez lata, trudno oczekiwać, że cała sytuacja, szczęśliwie, rozwiąże się na pstryknięcie palca... Chyba, że czyta się It ends with us. Wszystkie “drastyczne” momenty, autorka z rozpędu  zalewała hektolitrami słodyczy, płynącej od pozostałych bohaterów. Trochę tak, jakby obawiała się, że czytelnika oblał zimny pot przy bardziej wyrafinowanych opisach bezradności czy ogłupienia. Pomijając postać Atlasa, aż się prosiło, żeby relacje Allysy z Lily na pewnym etapie przybrały inny obrót. Przez to wszystko, historia straciła na autentyczności, dobitności. Zwroty akcji, mające zwiastować kolejne burze w życiu bohaterki, były przekoloryzowanym zbyt dużymi słowami, wiaterkiem. A szkoda, ponieważ sama problematyka zawierała duże pole do zobrazowania silnych emocji i dramaturgii. Nawet jeśli to romans. 

    Gdyby porównać nastrój zawarty w książce, romantyzm dominuje. Jest on zarówno w retrospekcjach, jak i historii bieżącej. Jego natężenie przerasta, to co miało oddziaływać silnie negatywnie, zarówno na czytelnika jak i postacie. Docelową grupie odbiorców z pewnością to usatysfakcjonuje. Jednakże, gdyby oczekiwać, że Colleen wyłamała się z sobie znanej estetyki, na rzecz realizmu  i zamiast domieszki cukru postawiła na pełną rozpaczy gorycz to nie jest zdecydowanie ta pozycja. Problemy istnieją, nikt ich nie bagatelizuje, aczkolwiek w bardzo prosty sposób zostały zneutralizowane, spłaszczone. Według mnie powstały tekst stanowi jedynie zarys historii, która mogłaby stanowić pełny zapis funkcjonowania więzi oprawca-ofiara-otoczenie.
    Nie powiem, że żałuję czasu czy pieniędzy na zapoznanie się z tym tytułem. Pomijając wszystkie niedociągnięcia i konwencję, czytało się bardzo sprawnie, ciekawość wiodła naprzód. Aczkolwiek zdecydowanie nie jest to ta propozycja, do której miałabym kiedykolwiek wrócić ze względu na walory merytoryczne albo po to, aby poczuć dreszcz emocji. Zapamiętałam ją jako przyjemną odskocznie na leniwy wieczór. O gustach i indywidualnym odbiorze się nie dyskutuje, więc nie mam zamiaru podważać odczuć innych czytelników. Natomiast jest to dobry przykład na to, że aspekty emocjonalne to taka materia, która u każdego jest pojmowana w inny sposób.
_________
* Opis pochodzi z Empik.com

Dulscy trzepią dywany

    Nie trzeba jakoś szczególnie nikogo przekonywać, że mamy słabość do klasyków literatury. Świadczą o tym odświeżane, co rusz, wydania z dołączonymi różnego typu suplementami odnośnie pozycji. Ciekawostki, uratowane przed wojennym zatraceniem, materiały, pierwowzory fabuły, o których po zniesieniu wszelkiej cenzury, mówić w końcu można. Jedni gromadzą dobrodziejstwa literackie z uporem maniaka, inni pożegnali się z nimi wraz z końcem edukacji. Jednak nie można zaprzeczyć stwierdzeniu, że są pozycje - dobra narodowe, europejskie czy nawet światowe, od których się nie ucieknie. Nie oddziałuje na nie zmieniająca się moda i postęp. Stale inspirują, stale są aktualne i bez względu na upływ czasu nie znikają ani z afiszy ani z księgarni, a już na pewno nie ze świadomości odbiorcy. W dobie współczesnej technologii są niewątpliwie przedmiotem kolejnej pracy twórczej, bądź odtwórczej patrząc, chociażby, na ekranizacje filmowe. Nie wiadomo do końca, czy jest to spowodowane  wartością artystyczną rzeczonych dzieł, czy wartością rynkową jako droga na skróty do targetu odbiorców. Tak czy siak, dopóki zachowują  poziom, niech się tworzą, docierając do coraz młodszego pokolenia. 
    A jeśli już o pokoleniu mowa...Gabriela Zapolska napisała Moralność Pani Dulskiej w 1906 roku. Zapewne wiedziała, że wkłada kij w sam środek mentalnego mrowiska części Polaków. Hipokryzja, obłuda, fałsz, dwulicowość, a to wszystko w imię nienagannej opinii społecznej, pochwał sąsiadów, zazdrości koleżanek i łez wzruszenia proboszcza lokalnej parafii. Zasada jest prosta. W domu niech się dzieje, co chce, tak długo jak nie zaczyna to wystawać spod dywanu...Mimo, upływu grupo ponad stu lat, przywary dulszczyzny są nam tak samo znane - ma się dobrze. W tym cały fenomen.
Spektakl, ekranizacja, adaptacja - to wszystko już zostało odmienione przez wszystkie przypadki. W każdym z nich Aniela, niezależnie od kontekstu trzyma formę. Inna już nie będzie. Bo czy można z jednej, leciwej zresztą, kobiety wycisnąć coś jeszcze? Ujmując to w ramach czasowych i biologicznych szanowna Dulska już dawno ujrzała bramy zaświatów, więc najwyższa pora by tam zabiegała o swoją reputację. Stąd też, Filip Bajon z dramatem Zapolskiej poszedł o krok dalej, snując wizję o drzewie genealogicznym rodziny Dulskich, które dotrwało do czasów współczesnych. 

Do Melanii (Maja Ostaszewska), wnuczki pani Dulskiej (Krystyna Janda), przyjeżdża Rainer Dulsky (Władysław Kowalski), profesor psychiatrii ze Szwajcarii. Czuje że ma coś wspólnego z kamienicą, w której mieszkają Dulscy. Zaintrygowana historią rodu Melania, reżyserka filmowa, przyłącza się do jego poszukiwań. Kolejne odkrycia przeniosą ich w przeszłość pełną tajemnic, które na zawsze miały pozostać w ukryciu. Rodzina Dulskich ma wiele na sumieniu…*

 Felicjan nigdy nie wychodził z domu bez pozwolenia, a u Ciebie cała rodzina chodzi po mieście nie wiadomo gdzie. A Felicjan chodził tu na spacery, dookoła tego stołu i miałam go na oku.
    W tej rodzinie prym wiodą kobiety, to na nich głównie opiera się ciężar całej fabuły. Rządzą, dyktują, rozkazują, są władzą ostateczną. Żadnej z nich nie należy ignorować. W rolę pań wcieliły się kolejno: Krystyna Janda, Katarzyna Figura i Maja Ostaszewska. Pierwszym zarzutem jaki usłyszałam przed obejrzeniem filmu był wiek aktorek, nieadekwatny do tego, by mogły wiarygodnie odegrać relacje babcia-matka-wnuczka. Czy to faktycznie raziło? Mnie osobiście nie. Przyznam, że większy dysonans powodowało u mnie osadzenie, na potrzeby Teatru Telewizji, w roli Dulskiej, młodej Magdaleny Cieleckiej. Tutaj być może charakteryzacja mogłaby być jeszcze bardziej wyrazista, aczkolwiek i w tej kreacji wyszło przyzwoicie. 
Epicentrum akcji jest słynna kamienica, którą dla odmiany ulokowano w Lublinie. Mimo upływu czasu pozostaje niezmienna, zachowuje swój przedwojenny styl, szlachetność, nienaruszalność. Nie wiem, czy był to zabieg w celu zachowania klimatu z epoki Zapolskiej, czy swego rodzaju metafora tego, że niektóre rzeczy pozostają niezmienne przechodząc na kolejne pokolenia. Równie dobrze, mogło to być po prostu rozwiązanie natury finansowej. W każdym razie owe mieszkanie jest tłem dla historii, a jednocześnie jest spoiwem oraz punktem odniesienia do wydarzeń odległych od siebie na przestrzeni lat. Fakt, że akcja filmu jest podzielona na trzy okresy życia bohaterów, wprowadza na początku chaos. W moim przypadku musiała minąć dobra chwila, bym pojęła kto jest kim i co wnosi do fabuły. Wszystkie przeskoki czasowe stanowią dla siebie nawzajem uzupełnienie, tak by opowiedzieć kompletną historię z różnej perspektywy. 
Babka była toksyczna, matka...przecież ja też jestem toksyczna. W takiej rodzinie żyjesz do kilku pokoleń wstecz (...) to jest moja druga teraźniejszość.
    Film jest połączeniem kina obyczajowego z kryminałem i komedią jednocześnie. Nie ma banałów, przypadkowości i ciągnięcia wątków na siłę. Znając Moralność...w trakcie oglądania, wydaje nam się, że już nic nas nie zaskoczy, byle tylko czekać na konkluzję. Nic bardziej mylnego. Sporo tam zwrotów akcji, przewrotności, elementów zaskoczenia. Brakowało mi tam natomiast rozwinięcia życiorysu najmłodszych przedstawicieli rodu. Niewiele dowiadujemy się nomen omen głównej bohaterce. Jest Dulską z całym dobrodziejstwem inwentarza, ale odziedziczone cechy realizuje w sposób wprost odwrotny. Bo bycie z rodziny Dulskich (dosłownie i w przenośni) w dzisiejszych czasach nie jest balastem. Wręcz przeciwnie! W dzisiejszych czasach, ten kto nie ma w swoich kątach brudów do wytrzepania przed opinią publiczną jest nieciekawy. Tylko sensacja albo choroba się sprzedają. Jednak oprócz tego oportunistycznego podejścia niewiele dowiadujemy się o Melanii. Jej relacja z krewnymi można wyczytać jedynie z drobnych gestów, pojedyńczych zdań. I na tym koniec. A szkoda, bo mi osobiście zabrakło rozbudowania tej części scenariusza. Tylko...no właśnie...
Teraz trzeba najintymniej jak można, o sobie, o swoich rodzinach. Trzeba o tajemnicach rodzinnych, o dramatach, a jaki jest dramat w mojej rodzinie? A taki rak to jest taki świetny temat. Bardzo filmowy.
    Pytanie, czy Bajona może stawać w szranki z Zapolską? Opisując, czym dokładnie objawia się dulszczyzna XXI wieku byłby zmuszony wbić drugą szpilę w mentalność Polaków, obnażyć nas z tego wszystkiego, do czego się nie przyznajemy, a co przez pokolenia nadal w świadomości zbiorowej funkcjonuje. Wspominając o przytoczonej przeze mnie wcześniej, żądzy sukcesu ‘’po trupach’’ (dosłownie i w przenośni), poniekąd, zahaczył o ten temat. Aczkolwiek zanurzanie się w niego głębiej to stawianie między sobą a klasykiem znaku równości. Jak wiemy, w większości przypadków jest to artystyczne samobójstwo na oczach odbiorców. 


    Film ciekawy, z zachowaniem pewnych motywów, a już na pewno klimatu wyjętego z Moralności...Jednocześnie z własną wizją i kreatywnością. Ogląda się dobrze, pod warunkiem, że nie nastawiamy się na dzieło wiekopomne na miarę kunsztu Gabrieli Zapolskiej, bo to nie kino moralizatorskie. To saga obyczajowa, gdzie pierwsze skrzypce i ostatnie słowo mają Panie Dulskie.
__________
* Opis filmu należy do strony Filmweb 

Miał być ślub...a nawet cztery

  Jesienno-zimowe wieczory mają to do siebie, że nastają bardzo szybko, a produktywność naszych szarych komórek po całym dniu obowiązków drastycznie spada. Mój umysł domaga się relaksu, czegoś przy czym zbytnio się nie natrudzi, ale w sposób aktywny zażyje należną dawkę rozrywki. Na tą okazję składuję książki z kategorii lekkie i przyjemne, a jako że nigdy nie przepadałam za fantastyką pozostaje mi niezobowiązująca beletrystyka obyczajowa. Z myślą o takich okolicznościach okazyjnie nabyłam poniższą pozycję.

  Rachel Hauck - Suknia ślubna
 Charlotte jest właścicielką eleganckiego salonu mody ślubnej w Birmingham. Wyszukiwanie niezwykłych sukien dla panien młodych to jej pasja. I dar. Ale gdy sama zostaje narzeczoną, nie potrafi znaleźć dla siebie sukni. Nie potrafi czy nie chce? A może rzecz w tym, że zamierza poślubić niewłaściwego mężczyznę?
Szukając odpowiedzi na te pytania, Charlotte nieoczekiwanie dla nie samej kupuje na aukcji charytatywnej stuletni zniszczony kufer. Wewnątrz znajduje suknię ślubną. Skąd się tam wzięła? Dla kogo została uszyta?
Charlotte próbuje zbadać historię sukni. Odnajduje kobiety z nią związane. A to nie pozostaje bez wpływu na jej życie. Emily w 1912 roku. Mary Grace w 1939. Hillary w 1968. I Charlotte w 2012. Cztery kobiety i jedna suknia. Historia każdej z nich mówi o miłości, wierze, odwadze. O zaufaniu i przeznaczeniu.*


  Na wstępie muszę powiedzieć, że od jakiegoś czasu szerokim łukiem omijam przesłodzone romanse, które jak powszechnie wiadomo kończą się żyli długo i szczęśliwie, odjechawszy na białym rumaku w stronę zachodu słońca (ok przesadziłam, zachód słońca to akurat motyw nie z tej bajki), a dalszy rozwój fabuły można przewidzieć już po kilku stronach. W tej propozycji zaintrygowała mnie wielowątkowość na różnych płaszczyznach czasowych i wymagająca rozwikłania zagadka pochodzenia tytułowej sukni ślubnej…
    A jeśli już jesteśmy w klimatach sakramentalnych związków, wypada wspomnieć, że wydawcą książki jest wydawnictwo “Święty Wojciech” a sama Hauck przywiązuje ogromną wagę do własnego wyznania. Z tego powodu na próżno szukać opisów rodem z Pięćdziesięciu twarzy Greya, choć wierzący bohaterowie nadal pozostają ludźmi z krwi i kości, bez przesadnej nobliwości. Nikt nie popada w żadne skrajności, więc nie sądzę,  żeby czytelnikowi o innym światopoglądzie, ten aspekt przeszkadzał w odbiorze czy zniechęcał do świata przedstawionego.
    Kwestie wizualnie i graficzne zazwyczaj nie mają dla mnie znaczenia. Może dlatego, że już nieraz zachwycałam się okładkami,  za którymi kryła się słaba treść. W tym przypadku szata graficzna odzwierciedla po prostu główny motyw, a delikatne zdobienia na stronach podkreślają, że mamy do czynienia z literaturą kobiecą. 


    Przyznaję, że czytało się bardzo szybko. Zapewne ze względu objętości i dynamiczny rozwój akcji. Umieszczenie kilku wątków oddalonych od siebie czasowo oraz przerzucanie narracji między postacie podsycała ciekawość. W momencie gdy dany rozdział się kończył i perspektywa przechodziła na kolejną postać, nie mogłam doczekać się momentu, aż z powrotem wrócę do punktu widzenia ów narratora, by poznać dalszy przebieg, nagle przerwanych wydarzeń. I tak w kółko...Osobiście najbardziej wciągnęła mnie najstarsza historia. Mimo, że niekoniecznie lubię powieści osadzone w I połowie XX wieku, tak w tym przypadku ta przedwojenna czasoprzestrzeń budowała urzekające tło. Najmniej porywający był teoretycznie główny, tworzący sposobność do wszystkich pozostałych, wątek dylematów ślubnych współczesnej bohaterki. Jak na moje nerwy zbyt przesadzony, histerycznie wybujały, ze szczyptą przesłodzenia i krystalicznej naiwności.  Jednakże, nie neguje, że komuś z większą tolerancją na słodki romantyzm przypadnie do gustu. Kolejną rzeczą do której się przyczepię, a co koniec końców, aż tak bardzo nie przeszkadzało mi w odbiorze całej powieści były oderwane lekko od rzeczywistości zbiegi okoliczności. Oczywiście, gdyby przyjąć, że nasz Anioł Stróż uległ modzie na robienie masy i wyrabianie formy, a z powodów, powiedzmy, konkurencji na rynku pracy,  zamiast ćwiczyć z Chodakowską, (bo przecież taka Chodakowska, na pewno ma już ekipę swoich Skrzydlatych, którzy w przerwie na lunch cichaczem, ochoczo wymachują hantlami) postanowił postawić na tradycyjny jogging, biegając nie tylko za nami, ale też za każdym kto jakkolwiek jest wpisany w nasz życiorys, by wręczyć mu łapówkę. W ten sposób przekupiony wkroczyłby na naszą ścieżkę idealnie wtapiając się w okoliczności niczym brakujący element, robiąc przy tym spektakularne wejście. Mimo wszystko, po pewnym czasie przestałam skupiać na tym swoją uwagę, wciągnięta po uszy w przebieg akcji.
    Książka z pewnością nie jest przewidywalna. W momencie, w którym byłam bliska rozwikłania puenty, sprawa przybierała niespodziewanego obrotu. Dużym atutem jest to, że niemal do samego końca dochodzą fakty o których nikt nie miał pojęcia,  nowe sploty wydarzeń dobudowywują akcję, dzięki czemu nie ma monotonii a ciekawość stale wzrasta. 
    Suknia ślubna jest jedną z lepszych pozycji wśród tytułów ze swojej kategorii. Stale stymuluje ciekawość czytelnika, prowadząc go do zakończenia ścieżkami zawiłymi, krętymi i nieoczywistymi. Pokusiłabym się o zarzut, że historia mogłaby być zdecydowanie bardziej rozbudowana. Nie przez jakieś luki w prowadzeniu wątków, ale przez grę na czas. Wtedy czytelnik miałby możliwość delektować się nią trochę dłużej niż dwa wieczory. 
__________
* Opis pochodzi od wydawcy.

Los usłany słonecznikami, czyli van Gogh na ekranie

    Do dobrego lepiej przymusić.  Jeśli trzeba by było znaleźć motto przewodnie do okoliczności, jakie skłoniły mnie do obejrzenia poniżej analizowanego przeze mnie filmu, to ten frazes opisuje je najtrafniej. Nie wiem, czy gdyby nie obowiązkowe napisanie recenzji, skusiłabym się z własnej inicjatywy na seans Twojego Vincenta. Podejrzewam, że być może zabrakłoby mi wystarczająco zachęcającego bodźca, bowiem sztuki plastyczne nigdy były moim konikiem. Niemniej jednak,  w pewien listopadowy wieczór na ową projekcję wybrałam się z aplikacją notatnika w telefonie i bez większych oczekiwań, co do prezentowanego obrazu. Rzeczony notatnik służył do przechowania wyłapanych zabiegów technicznych i wizualnych, których chyba nie sposób znaleźć więcej w żadnym innym projekcie kinematograficznym od czasów Jana Lenicy. 


    Film w reżyserii Doroty Kobieli i Hugh Welchmana bierze na warsztat postać malarza Vincenta van Gogha. Projekt ten z pewnością wyróżnia się innowacyjną techniką przy pomocy jakiej został stworzony. Kadry ręcznie malowane, każde niczym oddzielny obraz, a za pomocą nowoczesnej technologii połączone w pełnometrażowy film budzą podziw. Bowiem na ekranie możemy dostrzec niemal każdy detal jak  fakturę stworzonych obrazów; farbę – niekiedy świeżo położoną na płótnie. Ciekawym  zabiegiem jest połączenie dwóch różnych technik malarstwa. O ile przygotowując  większą częśc fabuły posłużono się farbami olejnymi, a  czasami wykorzystano technikę kluazonizmu, tak w scenach retrospekcyjnych mamy do czynienia z czarno-białym szkicem, który później został odpowiednio wycieniowany za pomocą farb. Skutkuje to tym, że pierwszy z wykorzystanych sposobów można interpretować jako swoisty hołd złożony samemu van Goghowi, gdyż on sam jako artysta do takich technik malarstwa się uciekał. Zaś drugi z nich sprawia momentami wrażenie hiperrealizmu. Drobiazgi jak kubek kawy, łyżka, poręcz zostały oddane bardzo wiernie rzeczywistości. Nietypowa forma filmu niesie jednak za sobą mankament natury montażowej. Moment przejścia jednej klatki w drugą, powoduje kilkusekundowe migotania pewnych elementów obrazu, co po dłuższym czasie, lekko męczy wzrok widza. 
    Fabuły, mimo, że zalicza się do gatunku produkcji biograficznych, nie można określić jednoznacznie. Od tradycyjnej biografii ''Twój Vincent'' odróżnia sposób prowadzenia narracji. Osoba van Gogha jest głównym bohaterem opowiadanej historii, jednak mimo to nie należy do postaci pierwszoplanowych. Uczynienie niewyjaśnionej śmierci malarza głównym wątkiem fabuły sprawia, że animację można by śmiało zaliczyć do gatunku filmów kryminalnych. Dzięki temu, akcja rozwija się szybko, bez monotonii  i może zaintrygować nie tylko odbiorcę pasjonującego się sztuką malarstwa. Dzieje się tak, dlatego, że zamiast biografii ukazującej tylko poszczególne etapy życia, dostajemy portret psychologiczny Vincenta van Gogha. Przedstawiona została sylwetka człowieka nierozumianego, odrzuconego, odbieranego w różny sposób przez każdego członka jego najbliższego otoczenia. Człowieka oddanego swojej pasji, która stanowi dla niego azyl, niemal terapie jako przezwyciężenie okrutnej rzeczywistości. Dzięki temu możemy dojść do wniosku, że kreacja filmowa Vincenta oprócz tego, że przybliża nam wizerunek artysty to przede wszystkim ukazuje pewne uniwersum – jednostki wrażliwej, pozbawionej w dzieciństwie zaplecza stabilności w postaci akceptacji rodziców, poszukującej celu w życiu. Fakt, iż scenarzyści nie pokusili się o bardziej szczegółowy opis życia van Gogha i dokończenie w bardziej barwny sposób niektórych wątków, może świadczyć o ich subtelności i ostrożności względem wziętego na warsztat artysty. Pomimo, iż zapewne widz oczekiwałby więcej, postarano się bazować tylko na tym co o Vincencie van Goghu wiadomo, a wszystkie znaki zapytania jego biografii pozostawić widzowi do interpretacji własnej. Takie podejście potwierdza skupienie się twórców nie na wręcz tabloidowym przedstawieniu malarza, wielkiego nazwiska, które znamy z encyklopedii, ale na zilustrowaniu pewnego archetypu postaci, którą los nie usłany różami (chciałoby się powiedzieć, że zamiast tego słonecznikami) zmuszał do stałego szukania własnego miejsca i poczucia wartości wbrew opinii innych.


    Obraz choć przepełniony paletą barw wzbudza uczucie ogromnej melancholii, przygnębienia, każe pochylić się nad gorzką stroną życia. Całość dopełnia idealnie dobrana muzyka, na którą nie sposób zwrócić uwagi, podkreśla, dobudowuje, wzmacnia klimat. W mojej opinii najsłabsze ogniwo filmu stanowi, niestety, polski dubbing. Większość głosów jest całkowicie oderwana od dziewiętnastowiecznego kolorytu. Słowa, które powinny przeszywać odbiorcę lub brzmieć podniośle, zostały niekiedy potraktowane bez emocji, spłycając przekaz. 
    Twój Vincent to z pewnością jedna z najbardziej pracochłonnych produkcji ostatnich lat. Nie bez powodu nominowana do Oscara i nie bez powodu angażująca tak liczne grono twórców. Osobiście uważam, że możliwość obejrzenia tego rodzaju kadrów na dużym ekranie jest niezastąpiona, pozwala w pełni docenić prezentowaną technikę. Stworzenie tego filmu to moment zetknięcia się sztuki plastycznej inspirowanej dobrobytem wyjętym z dziewiętnastego wieku ze światem kina, tak bardzo współczesnym, tak bardzo zaawansowanym w najnowszych technologiach. Całokształt urzeka, zachwyca, a jednocześnie przepełnia goryczą. Sztuka najwyższych lotów miesza się z prozą życia udowadniając, że jedno bez drugiego nie może być kompletne. Dlatego też, ze spokojem zachęciłabym do Twojego Vincenta każdego, niezależnie od stopnia fascynacji malarstwem. Połączenie tak wielu gatunków i form w jedno sprawia, że film ujmie nawet laika sztuki.



Stadium przypadku naiwnego marzyciela

    Fryderyki - nagrody polskiej akademii fonograficznej  przyznawane od 1995 roku za dokonania na polu muzycznym, miały stanowić odpowiednik amerykańskiego Grammy na rodzimej ziemi. W wyobrażeniach obdarowany statuetką otrzymywał potwierdzenie, iż jego pozycja w branży jest ugruntowana, a on sam jest jednym z najbardziej cenionych artystów z dziedziny muzyki w kraju.
 Odwołując się analogicznie do najważniejszej, amerykańskiej nagrody przemysłu muzycznego, można by domiemać, że otrzymanie Fryderyka to  w założeniach dowód na posiadanie, nie tylko, olbrzymiego talentu, ale również  ogromnej aprobaty słuchaczy. Zaś, prestiż nagrody należy utożsamiać ze wzrostem intratnych kontraktów na arenie estradowej. O tym, jak idealistyczne mrzonki przełożyły się na realia, opowiadać zbyt wiele nie trzeba. Rok w rok przed galą Fryderyków trwają polemiczne dyskusje na temat kontrowersji, jakie wzbudza ten event. Nie mniej jednak, szlachetne pobudki twórców o ''polskim Grammy" trzeba uhonorować. W końcu marzyć każdy może...
A jeśli już jesteśmy po Fryderykach i przy snuciu mniej lub bardziej realnych wizji, nie sposób nie wspomnieć  o artystce, która na swoim koncie ma dziewięć statuetek z rąk ZPAV, a jednocześnie o marzeniach wie całkiem sporo.

    Ania Dąbrowska w 2016 roku po czteroletniej przerwie wydawniczej pojawiła się z nowym albumem. Wokalistka, autorka tekstów i kompozytorka w jednym, od dawna przyzwyczaiła swoich fanów do materiału dość kobiecego, stawiając przy tym na wyważoną i stonowaną produkcję. Po delikatnie dekadenckim Bawię się świetnie, na którym artystka manifestuje świadomą dojrzałość emocjonalną przychodzącą wraz z doświadczeniami, nadszedł czas na odwet. Biorąc pod uwagę romantyczne uosobienie Ani, można by rzec, że jest to bardziej powrót do jej stanu naturalnego niż szalony wybryk. O ile na krążku z 2012 roku deklarowała: Naiwny uśmiech znikł, już go młodszym oddałam, tak tym razem wypowiada się o tej materii w zupełnie innym tonie. Na wstępie, jakby uprzedzając, zaznacza, iż jest to płyta dla marzycieli, a jakby tego było mało - naiwnych. 


    A więc, po takim postawieniu sprawy już na starcie zaczyna się robić trochę słodko, nieżyciowo , a stąd prosta droga do kiczu i banałów. Jakby przyjąć, że jest to wydawnictwo adresowane po prostu do marzycieli, sprawa wyglądałaby o wiele bardziej zachęcająco. W końcu metody dążenia do wyznaczonych celów są elementem niesłabnącego zainteresowania w czasach wiecznego wyścigu szczurów i ery ludzi (nie)zastąpionych, a człowiek bez projekcji własnych planów nie istnieje. Jeśli, jednak, rzecz ma ocierać się o naiwność to nie trzeba być socjologiem, by dojść do wniosku, że mówca motywacyjny z Dąbrowskiej marny. 
Z naiwnością mamy ewidentny problem. Nie jest to cecha pożądana, jakkolwiek przydatna, szybciej prowadząca do zguby niż wartości dodatnich. Najkrócej mówiąc nikt nie chce być naiwny. Ale, każdy jest. Jedni przyznają się do niej otwarcie, uznając za nieodłączną  towarzyszkę   funkcjonowania w życiu. Drudzy unikają jej jak ognia przy określaniu samych siebie, lecz stają u jej progu, gdy zaczynają kierować się emocjami. Naiwność jest wpisana w wiarę, nadzieję i jakkolwiek byśmy nie próbowali daleko od niej nie uciekniemy. 

    Skoro ustaliliśmy, że album Dla naiwnych marzycieli jest dedykowany wbrew pozorom wszystkim, możemy bez poczucia wstydu sięgnąć i przekonać się  w jakich kwestiach Ania Dąbrowska okazała się naiwnym marzycielem...
Gdy bez większego zaskoczenia zorientujemy się, że przyczyna leży w miłosnych zakamarkach duszy, pewnie zaczniemy  zastanawiać się jakim sposobem trzydziestokilkuletnia matka dwójki dzieci dała zapędzić się w tak trywialny kozi róg. Uwzględniając, że artystce daleko do położenia nieskażonej doświadczeniami nastolatki, można przypuszczać, iż los pozwolił jej zweryfikować sielankowe wyobrażenia o związkach, a wszystkich książąt z bajki dawno posłać do zamku w Neuschwanstein. Dlatego, dochodzimy do wniosku, że owa postawa nie wynika z pogoni za niemożliwym, lecz  z przyziemnych egzystencjonalnych potrzeb, bo żyć trzeba.

Wszystkie puenty już znam. Nie chcę patrzeć. Wiem, jak to się skończy(...)
                                                                                                                        - Nie patrzę

    Tekstowo album to istna rozprawa Ani z samą sobą co do uczuć. Jesteśmy świadkami tego jak 
dynamicznie unosi się nad ziemią w szczęśliwych, pełnych powszedniego spokoju  nadziejach, tylko po to, by po chwili poznać smak porażki, pustki czy odrzucenia. Wewnętrzną walkę trafnie  ilustruje pierwszy singiel – Nieprawda. Jest to doskonały przykład ukazujący jak bardzo człowiek jest zdolny do składania sobie postanowień, wiedząc w głębi duszy, ze i tak ich nie pokryje.  Nieco pesymistyczny tekstowo utwór został połączony z rytmiczną warstwą muzyczną, przypominającą delikatnie o okresie fascynacją retro w karierze Ani.

Niczego po mnie nie widać, choć szybsze tętno mam(...) jeszcze będę się z tego śmiać  tak się boję tego dnia
                                                                                                                                         - Oddycham

    Jak na Anie przystało, piosenkom ukazanym na płycie daleko do tanecznych, wpadającym w ucho niczym mantra, dźwięków. Jest to materiał popowy, jednak zdecydowanie bardziej do słuchania w odosobnieniu, niż w sytuacjach towarzyskich. Mimo to, utworom nie brakuje chwytliwości. Dynamiczny w wielu przypadkach refren połączony ze świadomie napisanym tekstem przykuwa uwagę słuchacza, jednocześnie nie pozbawiając piosenki szlachetności, a jedynie przełamując melancholijność. Dowodem na tego typu zabieg są nie tylko single Poskładaj mnie czy W głowie , lecz również m.in pozostawione w cieniu marketingu Bez Ciebie

Sobą w końcu zajmij się, nie miej potrzeb i pragnień. Tyle siły w sobie masz od nowa jeszcze raz zaczniesz
                                                                                                                            - Staraj się nie czuć

    Słuchając całego albumu trudno jest jednoznacznie wskazać, które z kompozycji są balladami.  Prawie każdy numer nacechowany jest nutą refleksyjności, a przed chwilą wspomniana ''wybuchowość'' refrenów oraz tematyka przechodząca z radości w sumutek nadaje materiałowi słodko-gorzkiego klimatu. 
Od strony tekstowej Dąbrowska w utworze Naiwny marzyciel staję się, jako podmiot liryczny, osobą pełną nadziei na przyszłość, łatwowiernie snuje idealistyczne plany w sferze relacji damsko-męskich oraz ukazuję piękną, nieskażoną zawodem miłość. Po to by równocześnie stworzyć piosenki przepełnione smakiem porażki w tejże delikatnej materii co dokładnie prezentuje przedostatni utwór ''Staraj się nie czuć''. Można by powiedzieć, że artystka odsłania dwie kontrastujące ze sobą postawy – tytułowej, odmienionej już przez wszystkie przypadki sielankowej naiwności i wiary w lepsze, bądź równie dobre jutro oraz głosu rozsądku i podszeptów zwątpienia. Wszystko to sprawia, iż płyta nie jest ani odrealniona ani kiczowata. Wszystkie elementy składające się na całość utworów doskonale się równoważą. Inną zaletą twórczości Ani Dąbrowskiej jest spersonalizowanie. Nie skupia się ona na opisywaniu konkretnych historii lub sytuacji, lecz przedstawia czyste emocje. Pozwala to słuchaczowi na osobistą interpretacje utworów. 


    Dla naiwnych marzycieli w całości zawiera dziesięć pozycji. Jednak, z myślą o wytrwałych została przygotowana limitowana wersja albumu poszerzona o osiem piosenek. Są to dodatkowe utwory, wersje akustyczne lub remiksy już powstałych lub anglojęzyczne wersje demo. 
Ania Dąbrowska w swoich działaniach nie kieruje się wyrachowaniem, dążącym do podbijania list przebojów czy zdobywania nagród. W stworzonych przez nią utworach dominuje szczerość, prostota, niewymuszona melodyjność na rzecz dobra utworu, a nie sukcesu komercyjnego. Od lat konsekwentnie kreuje swój własny styl, nie pozostawia wątpliwości co do kierunku muzycznego, którym podąża. W związku z tym jedyne co może zrobić słuchacz to ustosunkować się, czy proponowana przez nią estetyka mu odpowiada.

PROPONOWANE

POST GOŚCINNY Kasi z Czarno Na Kreatywnym: Smak żalu

     Pisanie jest dla mnie czymś więcej, niż tylko pasją. Już dawno weszłam w fazę czystego uzależnienia, które czasem nie pozwala mi norma...