O rodzinie najlepiej w tajemnicy albo wcale

    Moja przygoda z tą pozycją zaczęła się przypadkiem - natrafiłam na rozdanie książkowe, gdzie do zdobycia  była właśnie ona. Zaciekawiona opisem zgłosiłam się i choć nie wygrałam postanowiłam zapoznać się z treścią. Nigdy wcześniej nie miałam sposobności na spotkanie z twórczością tej autorki, ale wiele opinii świadczyło o tym, że warto to zmienić. Tak więc, parę dni temu zanurzyłam się w tegorocznej powieści Doroty Gąsiorowskiej.

Dziewczyna ze sklepu z kapeluszami - Dorota Gąsiorowska
Ile tajemnic jest w stanie ukryć jedno serce i jedna rodzina?
Kamelia wraz z babcią prowadzą w Krakowie rodzinne atelier z kapeluszami. Pewnego dnia w salonie pojawia się przystojny dziennikarz, zainteresowany stuletnią historią tego miejsca. Jego pytania dotykają jednak spraw, o których starsza pani wyraźnie nie chce mówić. Kilka dni później Kamelia otrzymuje od babci broszkę z zagadkową inskrypcją. Czuje, że prezent ten może mieć związek z rodzinną tajemnicą sprzed lat. Dziewczyna za wszelką cenę chce ją odkryć. Tymczasem dziennikarz zaczyna być bardziej zainteresowany piękną Kamelią niż historią pracowni. Na dodatek w życiu młodej kobiety pojawia się jeszcze jeden mężczyzna…
Którą z tajemnic będzie Kamelii łatwiej rozwikłać – tę z przeszłości czy tę, która kryje się w jej własnym sercu?*


    Pierwsze na co nie dało się nie zwrócić uwagi to objętość. Liczba ponad 500 stron zapowiada, że spędzimy z bohaterami więcej czasu niż jeden wolny wieczór, a co za  tym idzie, mamy okazję albo długo delektować się rzeczywistością przedstawioną, albo do cna zmęczyć, ciągnącą się jak guma balonowa, fabułą. W moim przypadku miał miejsce pierwszy wariant. Sprawcami tak pokaźnie rozbudowanej powieści były po części liczne opisy, które z detalami wprowadzały w świat książki. Mimo iż, szczerze nienawidzę tak szczegółowo prowadzonej narracji, w tym przypadku nie sprawiała mi ona dyskomfortu w czytaniu, nie nudziła i nie powodowała, że przewijałam strony. Otóż, autorka zapraszając czytelników do grodu króla Kraka nie ma na myśli miasta smogu i tłumów turystów, a skupia się na urokach. Trafiamy do starej, majestatycznej kamienicy na dole której znajduje się stuletnie, rodzinne, eleganckie atelier kapeluszy. Obok kwitną krzewy, od czasu do czasu unosi się zapach kadzidełek, a dzień bez herbaty ze śmietanką w towarzystwie przyjaciółki domu to dzień stracony. Jednym słowem jest to sceneria, którą bardzo chętnie człowiek przemierza , zadomowia  się wśród bohaterów i nie chce ich zbyt szybko opuszczać. 
    Trzecioosobowa narracja idealnie sprawdza się przy motywie tajemnicy. Skrywane przez lata sekrety rodzinne stanowią główny wątek i są siłą napędową powieści. Autorka umiejętnie dozuje napięcie, powoli odkrywając karty. Poznajemy to co niewiadome stopniowo. Gdy mogłoby się wydawać, że historia stała się kompletna i już wszystko jasne, niespodziewanie dochodzą nieznane wcześniej fakty, które zupełnie zmieniają pogląd na sytuację. Osobiście, parę razy, podczas czytania, wydawało mi się, że potrafię przewidzieć dalszy rozwój wydarzeń, po to by jakiś czas później stwierdzić, że się grubo myliłam. Dzięki temu, powieść budzi ciekawość do ostatniej strony, gdyż dopiero wtedy można mieć pewność, że  nic nas już nie zaskoczy. 
    Kolejnym cennym aspektem książki jest wielowątkowość. Zagłębiamy się w losy więcej niż jednej osoby, mimo iż wszystkie są ze sobą powiązane. Przechodząc z wątku do wątku, niewątpliwie, nie można narzekać na monotonię. 
    Mimo, całego uroku oraz  pewnej sielskości, nie ma tu przesłodzenia. Gąsiorowska dość sprawnie opisuje emocje, a tych nie brakuje. Nastrój zmienia się na różnych płaszczyznach. Od spokoju czy harmonii, przez strach i niepewność do rozgoryczenia, żalu, bezsilności. 
    Dziewczyna ze sklepu z kapeluszami to połączenie dramatu, kryminału, powieści obyczajowej i romansu. Mnie w szczególności ujęła nieprzewidywalność i przemyślane prowadzenie akcji, gdyż w literaturze popularnej, lekkiej  ostatnio bywa z tym różnie. W przyszłości bardzo chętnie zapoznam się z pozostałą bibliografią autorki.
_________
Opis pochodzi z Lubimy Czytać

To kończy się na nas

    Prawdę mówiąc, nie planowałam pisać tej recenzji. Trochę ze względu na to, iż pozycja o której dzisiaj mowa, została dawno zalana morzem opinii. A więc z troski, żebyśmy się nie utopili, zamierzałam skupić się na czymś innym. Jednak, moja konfrontacja z tą pozycją, okazała się być na tyle specyficzna, zupełnie w kontrze do wszystkich głosów, które docierają do mnie na jej temat, że zdecydowałam dodać swoje trzy grosze. Nie chodzi o prowokację w stylu a ja uważam inaczej. Raczej bawi mnie fakt, że w obliczu zachwytów czytelników  nad tą książką - łez wzruszenia, rozstroju emocjonalnego i szczerych rekomendacji w ilości masowej, ja nie mogę w dalszym ciągu pojąć tego fenomenu. Ale, od początku…


    Pod koniec zeszłego roku ukazała się na rynku nowa powieść Coolleen Hoover It ends with us. Autorkę kojarzyłam z romansów dla nastolatków i młodych dorosłych. Z jedną jej książką, z resztą,  miałam styczność odległy czas temu, ale jakoś pamięć o niej szybko mi się rozmyła i nie przeczytałam w całości. Wracając do ubiegłorocznego wydawnictwa, natrafiłam na bardzo zachęcające recenzje, opatrzone komentarzami rozemocjonowanych czytelniczek. Mowa była nie tylko o ciekawej, rozbudowanej fabule, ale przede wszystkim o wartości merytorycznej, zawierającej elementy psychologiczne. W skrócie, ów książka ma za zadanie poruszyć, zmusić do myślenia, a umieszczone tam sformułowania stanowią prawdę życiową, do której wraca się na długo po przeczytaniu. Nic więc dziwnego, że po takim postawieniu  sprawy, ochota na zapoznanie się z treścią pojawiła się u mnie błyskawicznie. Od dawna szukałam ambitnej książki obyczajowej, skonstruowanej tak, by człowiek wynosił z niej coś więcej niż zabicie czasu. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Po kilku dniach komplementowane wszem i wobec, przez panie w różnym przedziale wiekowym, It ends with us znalazło się w moich rękach…Już sam opis zapalił w mojej głowie płomyk niepewności, ale przecież widziałam cytaty pochodzące z książki (wyrwane z kontekstu), a tak liczne grono opiniujących nie może, aż tak mocno, rozminąć się z rzeczywistością. Czy na pewno?

Czasem te osoby, które najmocniej nas kochają, potrafią też najmocniej ranić.
Lily Bloom zawsze płynie pod prąd. Nic dziwnego, że otworzyła kwiaciarnię dla osób, które… nie lubią kwiatów, i prowadzi ją z pasją i sukcesami. Gdy poznaje przystojnego lekarza Ryle’a Kincaida i rodzi się między nimi wzajemna fascynacja, Lily jest przekonana, że jej życie nie może być już lepsze.
Tak mogłaby skończyć się ta historia. Jednak niektóre rzeczy są zbyt piękne, by mogły trwać wiecznie. To, co się kryje za idealnym związkiem Lily i Ryle’a, jest w stanie dostrzec jedynie Atlas Corrigan, dawny przyjaciel Lily. Kiedyś ona była dla niego bezpieczną przystanią, teraz sama potrzebuje takiej pomocy. Nie zawsze jesteśmy bowiem dość odważni, by stanąć twarzą w twarz z prawdą… Szczególnie gdy przynosi ona tylko cierpienie.
Gdyby złamane serce mogło przybrać jakąś formę, stałoby się tą książką. Odważna i głęboko osobista powieść Colleen Hoover zdobyła w 2016 roku nagrodę czytelników Goodreads Choice Awards za najlepszy romans.*
    Myślę, że kluczowe w tym wszystkim było moje nastawienie i wymagania, które nakreśliłam sobie na długo przed zapoznaniem się z treścią. Elektryzujący frazes powieść psychologiczna za mocno wbił mi się w świadomość. Otóż nie przeczę, wątek przemocy domowej, powtarzania rodzinnych schematów, czy też problemy osobowościowe ze względu na traumy z dzieciństwa, determinował fabułę. Jednak głównie jest to romans przez duże R, z całą ckliwością niektórych wydarzeń. Mimo ciemnej strony, cukier wysypuje się łyżkami, a historia przybiera dość schematyczną formę, jak na pozycje z tego gatunku przystało. Z całym szacunkiem, ale czy można odmówić naiwności i polotu takim splotom wydarzeń, gdzie przypadek sprawia, że Rycerz Na Białym Koniu, pojawia się po wielu latach, w momencie ku temu adekwatnym, dziwnym trafem wolny i gotowy, by wmieszać się w sam środek akcji? Przykłady mogłabym mnożyć, bo odrealnionych od rzeczywistości sytuacji znalazło się tam dużo. Ale, przyjmę, że taka była konwencja. 
    Wspomniany przeze mnie motyw przemocy i powielania zachowań rodzinnych był, jak najbardziej, najmocniejszym punktem całej powieści. Na początku budził zaskoczenie, potem trzymał w niepewności. Interesowały mnie reakcje bohaterki - zamknięcie w błędnym kole, naiwność, ślepa miłość. Z kolei charakterystyka bohatera, również, częściowo tłumaczyła pewne mechanizmy - skąd w człowieku może brać się nieuzasadniona agresja i czy faktycznie jest nieuzasadniona. Dlatego, mocno ubolewałam nad potraktowaniem głównego wątku w sposób tak bardzo uproszczony. Akcja powieści, toczyła się za szybko. Mając do czynienia z tak skomplikowanymi relacjami, traumami wpływającymi na psychikę, piętrzącymi się przez lata, trudno oczekiwać, że cała sytuacja, szczęśliwie, rozwiąże się na pstryknięcie palca... Chyba, że czyta się It ends with us. Wszystkie “drastyczne” momenty, autorka z rozpędu  zalewała hektolitrami słodyczy, płynącej od pozostałych bohaterów. Trochę tak, jakby obawiała się, że czytelnika oblał zimny pot przy bardziej wyrafinowanych opisach bezradności czy ogłupienia. Pomijając postać Atlasa, aż się prosiło, żeby relacje Allysy z Lily na pewnym etapie przybrały inny obrót. Przez to wszystko, historia straciła na autentyczności, dobitności. Zwroty akcji, mające zwiastować kolejne burze w życiu bohaterki, były przekoloryzowanym zbyt dużymi słowami, wiaterkiem. A szkoda, ponieważ sama problematyka zawierała duże pole do zobrazowania silnych emocji i dramaturgii. Nawet jeśli to romans. 

    Gdyby porównać nastrój zawarty w książce, romantyzm dominuje. Jest on zarówno w retrospekcjach, jak i historii bieżącej. Jego natężenie przerasta, to co miało oddziaływać silnie negatywnie, zarówno na czytelnika jak i postacie. Docelową grupie odbiorców z pewnością to usatysfakcjonuje. Jednakże, gdyby oczekiwać, że Colleen wyłamała się z sobie znanej estetyki, na rzecz realizmu  i zamiast domieszki cukru postawiła na pełną rozpaczy gorycz to nie jest zdecydowanie ta pozycja. Problemy istnieją, nikt ich nie bagatelizuje, aczkolwiek w bardzo prosty sposób zostały zneutralizowane, spłaszczone. Według mnie powstały tekst stanowi jedynie zarys historii, która mogłaby stanowić pełny zapis funkcjonowania więzi oprawca-ofiara-otoczenie.
    Nie powiem, że żałuję czasu czy pieniędzy na zapoznanie się z tym tytułem. Pomijając wszystkie niedociągnięcia i konwencję, czytało się bardzo sprawnie, ciekawość wiodła naprzód. Aczkolwiek zdecydowanie nie jest to ta propozycja, do której miałabym kiedykolwiek wrócić ze względu na walory merytoryczne albo po to, aby poczuć dreszcz emocji. Zapamiętałam ją jako przyjemną odskocznie na leniwy wieczór. O gustach i indywidualnym odbiorze się nie dyskutuje, więc nie mam zamiaru podważać odczuć innych czytelników. Natomiast jest to dobry przykład na to, że aspekty emocjonalne to taka materia, która u każdego jest pojmowana w inny sposób.
_________
* Opis pochodzi z Empik.com

Dulscy trzepią dywany

    Nie trzeba jakoś szczególnie nikogo przekonywać, że mamy słabość do klasyków literatury. Świadczą o tym odświeżane, co rusz, wydania z dołączonymi różnego typu suplementami odnośnie pozycji. Ciekawostki, uratowane przed wojennym zatraceniem, materiały, pierwowzory fabuły, o których po zniesieniu wszelkiej cenzury, mówić w końcu można. Jedni gromadzą dobrodziejstwa literackie z uporem maniaka, inni pożegnali się z nimi wraz z końcem edukacji. Jednak nie można zaprzeczyć stwierdzeniu, że są pozycje - dobra narodowe, europejskie czy nawet światowe, od których się nie ucieknie. Nie oddziałuje na nie zmieniająca się moda i postęp. Stale inspirują, stale są aktualne i bez względu na upływ czasu nie znikają ani z afiszy ani z księgarni, a już na pewno nie ze świadomości odbiorcy. W dobie współczesnej technologii są niewątpliwie przedmiotem kolejnej pracy twórczej, bądź odtwórczej patrząc, chociażby, na ekranizacje filmowe. Nie wiadomo do końca, czy jest to spowodowane  wartością artystyczną rzeczonych dzieł, czy wartością rynkową jako droga na skróty do targetu odbiorców. Tak czy siak, dopóki zachowują  poziom, niech się tworzą, docierając do coraz młodszego pokolenia. 
    A jeśli już o pokoleniu mowa...Gabriela Zapolska napisała Moralność Pani Dulskiej w 1906 roku. Zapewne wiedziała, że wkłada kij w sam środek mentalnego mrowiska części Polaków. Hipokryzja, obłuda, fałsz, dwulicowość, a to wszystko w imię nienagannej opinii społecznej, pochwał sąsiadów, zazdrości koleżanek i łez wzruszenia proboszcza lokalnej parafii. Zasada jest prosta. W domu niech się dzieje, co chce, tak długo jak nie zaczyna to wystawać spod dywanu...Mimo, upływu grupo ponad stu lat, przywary dulszczyzny są nam tak samo znane - ma się dobrze. W tym cały fenomen.
Spektakl, ekranizacja, adaptacja - to wszystko już zostało odmienione przez wszystkie przypadki. W każdym z nich Aniela, niezależnie od kontekstu trzyma formę. Inna już nie będzie. Bo czy można z jednej, leciwej zresztą, kobiety wycisnąć coś jeszcze? Ujmując to w ramach czasowych i biologicznych szanowna Dulska już dawno ujrzała bramy zaświatów, więc najwyższa pora by tam zabiegała o swoją reputację. Stąd też, Filip Bajon z dramatem Zapolskiej poszedł o krok dalej, snując wizję o drzewie genealogicznym rodziny Dulskich, które dotrwało do czasów współczesnych. 

Do Melanii (Maja Ostaszewska), wnuczki pani Dulskiej (Krystyna Janda), przyjeżdża Rainer Dulsky (Władysław Kowalski), profesor psychiatrii ze Szwajcarii. Czuje że ma coś wspólnego z kamienicą, w której mieszkają Dulscy. Zaintrygowana historią rodu Melania, reżyserka filmowa, przyłącza się do jego poszukiwań. Kolejne odkrycia przeniosą ich w przeszłość pełną tajemnic, które na zawsze miały pozostać w ukryciu. Rodzina Dulskich ma wiele na sumieniu…*

 Felicjan nigdy nie wychodził z domu bez pozwolenia, a u Ciebie cała rodzina chodzi po mieście nie wiadomo gdzie. A Felicjan chodził tu na spacery, dookoła tego stołu i miałam go na oku.
    W tej rodzinie prym wiodą kobiety, to na nich głównie opiera się ciężar całej fabuły. Rządzą, dyktują, rozkazują, są władzą ostateczną. Żadnej z nich nie należy ignorować. W rolę pań wcieliły się kolejno: Krystyna Janda, Katarzyna Figura i Maja Ostaszewska. Pierwszym zarzutem jaki usłyszałam przed obejrzeniem filmu był wiek aktorek, nieadekwatny do tego, by mogły wiarygodnie odegrać relacje babcia-matka-wnuczka. Czy to faktycznie raziło? Mnie osobiście nie. Przyznam, że większy dysonans powodowało u mnie osadzenie, na potrzeby Teatru Telewizji, w roli Dulskiej, młodej Magdaleny Cieleckiej. Tutaj być może charakteryzacja mogłaby być jeszcze bardziej wyrazista, aczkolwiek i w tej kreacji wyszło przyzwoicie. 
Epicentrum akcji jest słynna kamienica, którą dla odmiany ulokowano w Lublinie. Mimo upływu czasu pozostaje niezmienna, zachowuje swój przedwojenny styl, szlachetność, nienaruszalność. Nie wiem, czy był to zabieg w celu zachowania klimatu z epoki Zapolskiej, czy swego rodzaju metafora tego, że niektóre rzeczy pozostają niezmienne przechodząc na kolejne pokolenia. Równie dobrze, mogło to być po prostu rozwiązanie natury finansowej. W każdym razie owe mieszkanie jest tłem dla historii, a jednocześnie jest spoiwem oraz punktem odniesienia do wydarzeń odległych od siebie na przestrzeni lat. Fakt, że akcja filmu jest podzielona na trzy okresy życia bohaterów, wprowadza na początku chaos. W moim przypadku musiała minąć dobra chwila, bym pojęła kto jest kim i co wnosi do fabuły. Wszystkie przeskoki czasowe stanowią dla siebie nawzajem uzupełnienie, tak by opowiedzieć kompletną historię z różnej perspektywy. 
Babka była toksyczna, matka...przecież ja też jestem toksyczna. W takiej rodzinie żyjesz do kilku pokoleń wstecz (...) to jest moja druga teraźniejszość.
    Film jest połączeniem kina obyczajowego z kryminałem i komedią jednocześnie. Nie ma banałów, przypadkowości i ciągnięcia wątków na siłę. Znając Moralność...w trakcie oglądania, wydaje nam się, że już nic nas nie zaskoczy, byle tylko czekać na konkluzję. Nic bardziej mylnego. Sporo tam zwrotów akcji, przewrotności, elementów zaskoczenia. Brakowało mi tam natomiast rozwinięcia życiorysu najmłodszych przedstawicieli rodu. Niewiele dowiadujemy się nomen omen głównej bohaterce. Jest Dulską z całym dobrodziejstwem inwentarza, ale odziedziczone cechy realizuje w sposób wprost odwrotny. Bo bycie z rodziny Dulskich (dosłownie i w przenośni) w dzisiejszych czasach nie jest balastem. Wręcz przeciwnie! W dzisiejszych czasach, ten kto nie ma w swoich kątach brudów do wytrzepania przed opinią publiczną jest nieciekawy. Tylko sensacja albo choroba się sprzedają. Jednak oprócz tego oportunistycznego podejścia niewiele dowiadujemy się o Melanii. Jej relacja z krewnymi można wyczytać jedynie z drobnych gestów, pojedyńczych zdań. I na tym koniec. A szkoda, bo mi osobiście zabrakło rozbudowania tej części scenariusza. Tylko...no właśnie...
Teraz trzeba najintymniej jak można, o sobie, o swoich rodzinach. Trzeba o tajemnicach rodzinnych, o dramatach, a jaki jest dramat w mojej rodzinie? A taki rak to jest taki świetny temat. Bardzo filmowy.
    Pytanie, czy Bajona może stawać w szranki z Zapolską? Opisując, czym dokładnie objawia się dulszczyzna XXI wieku byłby zmuszony wbić drugą szpilę w mentalność Polaków, obnażyć nas z tego wszystkiego, do czego się nie przyznajemy, a co przez pokolenia nadal w świadomości zbiorowej funkcjonuje. Wspominając o przytoczonej przeze mnie wcześniej, żądzy sukcesu ‘’po trupach’’ (dosłownie i w przenośni), poniekąd, zahaczył o ten temat. Aczkolwiek zanurzanie się w niego głębiej to stawianie między sobą a klasykiem znaku równości. Jak wiemy, w większości przypadków jest to artystyczne samobójstwo na oczach odbiorców. 


    Film ciekawy, z zachowaniem pewnych motywów, a już na pewno klimatu wyjętego z Moralności...Jednocześnie z własną wizją i kreatywnością. Ogląda się dobrze, pod warunkiem, że nie nastawiamy się na dzieło wiekopomne na miarę kunsztu Gabrieli Zapolskiej, bo to nie kino moralizatorskie. To saga obyczajowa, gdzie pierwsze skrzypce i ostatnie słowo mają Panie Dulskie.
__________
* Opis filmu należy do strony Filmweb 

Miał być ślub...a nawet cztery

  Jesienno-zimowe wieczory mają to do siebie, że nastają bardzo szybko, a produktywność naszych szarych komórek po całym dniu obowiązków drastycznie spada. Mój umysł domaga się relaksu, czegoś przy czym zbytnio się nie natrudzi, ale w sposób aktywny zażyje należną dawkę rozrywki. Na tą okazję składuję książki z kategorii lekkie i przyjemne, a jako że nigdy nie przepadałam za fantastyką pozostaje mi niezobowiązująca beletrystyka obyczajowa. Z myślą o takich okolicznościach okazyjnie nabyłam poniższą pozycję.

  Rachel Hauck - Suknia ślubna
 Charlotte jest właścicielką eleganckiego salonu mody ślubnej w Birmingham. Wyszukiwanie niezwykłych sukien dla panien młodych to jej pasja. I dar. Ale gdy sama zostaje narzeczoną, nie potrafi znaleźć dla siebie sukni. Nie potrafi czy nie chce? A może rzecz w tym, że zamierza poślubić niewłaściwego mężczyznę?
Szukając odpowiedzi na te pytania, Charlotte nieoczekiwanie dla nie samej kupuje na aukcji charytatywnej stuletni zniszczony kufer. Wewnątrz znajduje suknię ślubną. Skąd się tam wzięła? Dla kogo została uszyta?
Charlotte próbuje zbadać historię sukni. Odnajduje kobiety z nią związane. A to nie pozostaje bez wpływu na jej życie. Emily w 1912 roku. Mary Grace w 1939. Hillary w 1968. I Charlotte w 2012. Cztery kobiety i jedna suknia. Historia każdej z nich mówi o miłości, wierze, odwadze. O zaufaniu i przeznaczeniu.*


  Na wstępie muszę powiedzieć, że od jakiegoś czasu szerokim łukiem omijam przesłodzone romanse, które jak powszechnie wiadomo kończą się żyli długo i szczęśliwie, odjechawszy na białym rumaku w stronę zachodu słońca (ok przesadziłam, zachód słońca to akurat motyw nie z tej bajki), a dalszy rozwój fabuły można przewidzieć już po kilku stronach. W tej propozycji zaintrygowała mnie wielowątkowość na różnych płaszczyznach czasowych i wymagająca rozwikłania zagadka pochodzenia tytułowej sukni ślubnej…
    A jeśli już jesteśmy w klimatach sakramentalnych związków, wypada wspomnieć, że wydawcą książki jest wydawnictwo “Święty Wojciech” a sama Hauck przywiązuje ogromną wagę do własnego wyznania. Z tego powodu na próżno szukać opisów rodem z Pięćdziesięciu twarzy Greya, choć wierzący bohaterowie nadal pozostają ludźmi z krwi i kości, bez przesadnej nobliwości. Nikt nie popada w żadne skrajności, więc nie sądzę,  żeby czytelnikowi o innym światopoglądzie, ten aspekt przeszkadzał w odbiorze czy zniechęcał do świata przedstawionego.
    Kwestie wizualnie i graficzne zazwyczaj nie mają dla mnie znaczenia. Może dlatego, że już nieraz zachwycałam się okładkami,  za którymi kryła się słaba treść. W tym przypadku szata graficzna odzwierciedla po prostu główny motyw, a delikatne zdobienia na stronach podkreślają, że mamy do czynienia z literaturą kobiecą. 


    Przyznaję, że czytało się bardzo szybko. Zapewne ze względu objętości i dynamiczny rozwój akcji. Umieszczenie kilku wątków oddalonych od siebie czasowo oraz przerzucanie narracji między postacie podsycała ciekawość. W momencie gdy dany rozdział się kończył i perspektywa przechodziła na kolejną postać, nie mogłam doczekać się momentu, aż z powrotem wrócę do punktu widzenia ów narratora, by poznać dalszy przebieg, nagle przerwanych wydarzeń. I tak w kółko...Osobiście najbardziej wciągnęła mnie najstarsza historia. Mimo, że niekoniecznie lubię powieści osadzone w I połowie XX wieku, tak w tym przypadku ta przedwojenna czasoprzestrzeń budowała urzekające tło. Najmniej porywający był teoretycznie główny, tworzący sposobność do wszystkich pozostałych, wątek dylematów ślubnych współczesnej bohaterki. Jak na moje nerwy zbyt przesadzony, histerycznie wybujały, ze szczyptą przesłodzenia i krystalicznej naiwności.  Jednakże, nie neguje, że komuś z większą tolerancją na słodki romantyzm przypadnie do gustu. Kolejną rzeczą do której się przyczepię, a co koniec końców, aż tak bardzo nie przeszkadzało mi w odbiorze całej powieści były oderwane lekko od rzeczywistości zbiegi okoliczności. Oczywiście, gdyby przyjąć, że nasz Anioł Stróż uległ modzie na robienie masy i wyrabianie formy, a z powodów, powiedzmy, konkurencji na rynku pracy,  zamiast ćwiczyć z Chodakowską, (bo przecież taka Chodakowska, na pewno ma już ekipę swoich Skrzydlatych, którzy w przerwie na lunch cichaczem, ochoczo wymachują hantlami) postanowił postawić na tradycyjny jogging, biegając nie tylko za nami, ale też za każdym kto jakkolwiek jest wpisany w nasz życiorys, by wręczyć mu łapówkę. W ten sposób przekupiony wkroczyłby na naszą ścieżkę idealnie wtapiając się w okoliczności niczym brakujący element, robiąc przy tym spektakularne wejście. Mimo wszystko, po pewnym czasie przestałam skupiać na tym swoją uwagę, wciągnięta po uszy w przebieg akcji.
    Książka z pewnością nie jest przewidywalna. W momencie, w którym byłam bliska rozwikłania puenty, sprawa przybierała niespodziewanego obrotu. Dużym atutem jest to, że niemal do samego końca dochodzą fakty o których nikt nie miał pojęcia,  nowe sploty wydarzeń dobudowywują akcję, dzięki czemu nie ma monotonii a ciekawość stale wzrasta. 
    Suknia ślubna jest jedną z lepszych pozycji wśród tytułów ze swojej kategorii. Stale stymuluje ciekawość czytelnika, prowadząc go do zakończenia ścieżkami zawiłymi, krętymi i nieoczywistymi. Pokusiłabym się o zarzut, że historia mogłaby być zdecydowanie bardziej rozbudowana. Nie przez jakieś luki w prowadzeniu wątków, ale przez grę na czas. Wtedy czytelnik miałby możliwość delektować się nią trochę dłużej niż dwa wieczory. 
__________
* Opis pochodzi od wydawcy.

Los usłany słonecznikami, czyli van Gogh na ekranie

    Do dobrego lepiej przymusić.  Jeśli trzeba by było znaleźć motto przewodnie do okoliczności, jakie skłoniły mnie do obejrzenia poniżej analizowanego przeze mnie filmu, to ten frazes opisuje je najtrafniej. Nie wiem, czy gdyby nie obowiązkowe napisanie recenzji, skusiłabym się z własnej inicjatywy na seans Twojego Vincenta. Podejrzewam, że być może zabrakłoby mi wystarczająco zachęcającego bodźca, bowiem sztuki plastyczne nigdy były moim konikiem. Niemniej jednak,  w pewien listopadowy wieczór na ową projekcję wybrałam się z aplikacją notatnika w telefonie i bez większych oczekiwań, co do prezentowanego obrazu. Rzeczony notatnik służył do przechowania wyłapanych zabiegów technicznych i wizualnych, których chyba nie sposób znaleźć więcej w żadnym innym projekcie kinematograficznym od czasów Jana Lenicy. 


    Film w reżyserii Doroty Kobieli i Hugh Welchmana bierze na warsztat postać malarza Vincenta van Gogha. Projekt ten z pewnością wyróżnia się innowacyjną techniką przy pomocy jakiej został stworzony. Kadry ręcznie malowane, każde niczym oddzielny obraz, a za pomocą nowoczesnej technologii połączone w pełnometrażowy film budzą podziw. Bowiem na ekranie możemy dostrzec niemal każdy detal jak  fakturę stworzonych obrazów; farbę – niekiedy świeżo położoną na płótnie. Ciekawym  zabiegiem jest połączenie dwóch różnych technik malarstwa. O ile przygotowując  większą częśc fabuły posłużono się farbami olejnymi, a  czasami wykorzystano technikę kluazonizmu, tak w scenach retrospekcyjnych mamy do czynienia z czarno-białym szkicem, który później został odpowiednio wycieniowany za pomocą farb. Skutkuje to tym, że pierwszy z wykorzystanych sposobów można interpretować jako swoisty hołd złożony samemu van Goghowi, gdyż on sam jako artysta do takich technik malarstwa się uciekał. Zaś drugi z nich sprawia momentami wrażenie hiperrealizmu. Drobiazgi jak kubek kawy, łyżka, poręcz zostały oddane bardzo wiernie rzeczywistości. Nietypowa forma filmu niesie jednak za sobą mankament natury montażowej. Moment przejścia jednej klatki w drugą, powoduje kilkusekundowe migotania pewnych elementów obrazu, co po dłuższym czasie, lekko męczy wzrok widza. 
    Fabuły, mimo, że zalicza się do gatunku produkcji biograficznych, nie można określić jednoznacznie. Od tradycyjnej biografii ''Twój Vincent'' odróżnia sposób prowadzenia narracji. Osoba van Gogha jest głównym bohaterem opowiadanej historii, jednak mimo to nie należy do postaci pierwszoplanowych. Uczynienie niewyjaśnionej śmierci malarza głównym wątkiem fabuły sprawia, że animację można by śmiało zaliczyć do gatunku filmów kryminalnych. Dzięki temu, akcja rozwija się szybko, bez monotonii  i może zaintrygować nie tylko odbiorcę pasjonującego się sztuką malarstwa. Dzieje się tak, dlatego, że zamiast biografii ukazującej tylko poszczególne etapy życia, dostajemy portret psychologiczny Vincenta van Gogha. Przedstawiona została sylwetka człowieka nierozumianego, odrzuconego, odbieranego w różny sposób przez każdego członka jego najbliższego otoczenia. Człowieka oddanego swojej pasji, która stanowi dla niego azyl, niemal terapie jako przezwyciężenie okrutnej rzeczywistości. Dzięki temu możemy dojść do wniosku, że kreacja filmowa Vincenta oprócz tego, że przybliża nam wizerunek artysty to przede wszystkim ukazuje pewne uniwersum – jednostki wrażliwej, pozbawionej w dzieciństwie zaplecza stabilności w postaci akceptacji rodziców, poszukującej celu w życiu. Fakt, iż scenarzyści nie pokusili się o bardziej szczegółowy opis życia van Gogha i dokończenie w bardziej barwny sposób niektórych wątków, może świadczyć o ich subtelności i ostrożności względem wziętego na warsztat artysty. Pomimo, iż zapewne widz oczekiwałby więcej, postarano się bazować tylko na tym co o Vincencie van Goghu wiadomo, a wszystkie znaki zapytania jego biografii pozostawić widzowi do interpretacji własnej. Takie podejście potwierdza skupienie się twórców nie na wręcz tabloidowym przedstawieniu malarza, wielkiego nazwiska, które znamy z encyklopedii, ale na zilustrowaniu pewnego archetypu postaci, którą los nie usłany różami (chciałoby się powiedzieć, że zamiast tego słonecznikami) zmuszał do stałego szukania własnego miejsca i poczucia wartości wbrew opinii innych.


    Obraz choć przepełniony paletą barw wzbudza uczucie ogromnej melancholii, przygnębienia, każe pochylić się nad gorzką stroną życia. Całość dopełnia idealnie dobrana muzyka, na którą nie sposób zwrócić uwagi, podkreśla, dobudowuje, wzmacnia klimat. W mojej opinii najsłabsze ogniwo filmu stanowi, niestety, polski dubbing. Większość głosów jest całkowicie oderwana od dziewiętnastowiecznego kolorytu. Słowa, które powinny przeszywać odbiorcę lub brzmieć podniośle, zostały niekiedy potraktowane bez emocji, spłycając przekaz. 
    Twój Vincent to z pewnością jedna z najbardziej pracochłonnych produkcji ostatnich lat. Nie bez powodu nominowana do Oscara i nie bez powodu angażująca tak liczne grono twórców. Osobiście uważam, że możliwość obejrzenia tego rodzaju kadrów na dużym ekranie jest niezastąpiona, pozwala w pełni docenić prezentowaną technikę. Stworzenie tego filmu to moment zetknięcia się sztuki plastycznej inspirowanej dobrobytem wyjętym z dziewiętnastego wieku ze światem kina, tak bardzo współczesnym, tak bardzo zaawansowanym w najnowszych technologiach. Całokształt urzeka, zachwyca, a jednocześnie przepełnia goryczą. Sztuka najwyższych lotów miesza się z prozą życia udowadniając, że jedno bez drugiego nie może być kompletne. Dlatego też, ze spokojem zachęciłabym do Twojego Vincenta każdego, niezależnie od stopnia fascynacji malarstwem. Połączenie tak wielu gatunków i form w jedno sprawia, że film ujmie nawet laika sztuki.



Stadium przypadku naiwnego marzyciela

    Fryderyki - nagrody polskiej akademii fonograficznej  przyznawane od 1995 roku za dokonania na polu muzycznym, miały stanowić odpowiednik amerykańskiego Grammy na rodzimej ziemi. W wyobrażeniach obdarowany statuetką otrzymywał potwierdzenie, iż jego pozycja w branży jest ugruntowana, a on sam jest jednym z najbardziej cenionych artystów z dziedziny muzyki w kraju.
 Odwołując się analogicznie do najważniejszej, amerykańskiej nagrody przemysłu muzycznego, można by domiemać, że otrzymanie Fryderyka to  w założeniach dowód na posiadanie, nie tylko, olbrzymiego talentu, ale również  ogromnej aprobaty słuchaczy. Zaś, prestiż nagrody należy utożsamiać ze wzrostem intratnych kontraktów na arenie estradowej. O tym, jak idealistyczne mrzonki przełożyły się na realia, opowiadać zbyt wiele nie trzeba. Rok w rok przed galą Fryderyków trwają polemiczne dyskusje na temat kontrowersji, jakie wzbudza ten event. Nie mniej jednak, szlachetne pobudki twórców o ''polskim Grammy" trzeba uhonorować. W końcu marzyć każdy może...
A jeśli już jesteśmy po Fryderykach i przy snuciu mniej lub bardziej realnych wizji, nie sposób nie wspomnieć  o artystce, która na swoim koncie ma dziewięć statuetek z rąk ZPAV, a jednocześnie o marzeniach wie całkiem sporo.

    Ania Dąbrowska w 2016 roku po czteroletniej przerwie wydawniczej pojawiła się z nowym albumem. Wokalistka, autorka tekstów i kompozytorka w jednym, od dawna przyzwyczaiła swoich fanów do materiału dość kobiecego, stawiając przy tym na wyważoną i stonowaną produkcję. Po delikatnie dekadenckim Bawię się świetnie, na którym artystka manifestuje świadomą dojrzałość emocjonalną przychodzącą wraz z doświadczeniami, nadszedł czas na odwet. Biorąc pod uwagę romantyczne uosobienie Ani, można by rzec, że jest to bardziej powrót do jej stanu naturalnego niż szalony wybryk. O ile na krążku z 2012 roku deklarowała: Naiwny uśmiech znikł, już go młodszym oddałam, tak tym razem wypowiada się o tej materii w zupełnie innym tonie. Na wstępie, jakby uprzedzając, zaznacza, iż jest to płyta dla marzycieli, a jakby tego było mało - naiwnych. 


    A więc, po takim postawieniu sprawy już na starcie zaczyna się robić trochę słodko, nieżyciowo , a stąd prosta droga do kiczu i banałów. Jakby przyjąć, że jest to wydawnictwo adresowane po prostu do marzycieli, sprawa wyglądałaby o wiele bardziej zachęcająco. W końcu metody dążenia do wyznaczonych celów są elementem niesłabnącego zainteresowania w czasach wiecznego wyścigu szczurów i ery ludzi (nie)zastąpionych, a człowiek bez projekcji własnych planów nie istnieje. Jeśli, jednak, rzecz ma ocierać się o naiwność to nie trzeba być socjologiem, by dojść do wniosku, że mówca motywacyjny z Dąbrowskiej marny. 
Z naiwnością mamy ewidentny problem. Nie jest to cecha pożądana, jakkolwiek przydatna, szybciej prowadząca do zguby niż wartości dodatnich. Najkrócej mówiąc nikt nie chce być naiwny. Ale, każdy jest. Jedni przyznają się do niej otwarcie, uznając za nieodłączną  towarzyszkę   funkcjonowania w życiu. Drudzy unikają jej jak ognia przy określaniu samych siebie, lecz stają u jej progu, gdy zaczynają kierować się emocjami. Naiwność jest wpisana w wiarę, nadzieję i jakkolwiek byśmy nie próbowali daleko od niej nie uciekniemy. 

    Skoro ustaliliśmy, że album Dla naiwnych marzycieli jest dedykowany wbrew pozorom wszystkim, możemy bez poczucia wstydu sięgnąć i przekonać się  w jakich kwestiach Ania Dąbrowska okazała się naiwnym marzycielem...
Gdy bez większego zaskoczenia zorientujemy się, że przyczyna leży w miłosnych zakamarkach duszy, pewnie zaczniemy  zastanawiać się jakim sposobem trzydziestokilkuletnia matka dwójki dzieci dała zapędzić się w tak trywialny kozi róg. Uwzględniając, że artystce daleko do położenia nieskażonej doświadczeniami nastolatki, można przypuszczać, iż los pozwolił jej zweryfikować sielankowe wyobrażenia o związkach, a wszystkich książąt z bajki dawno posłać do zamku w Neuschwanstein. Dlatego, dochodzimy do wniosku, że owa postawa nie wynika z pogoni za niemożliwym, lecz  z przyziemnych egzystencjonalnych potrzeb, bo żyć trzeba.

Wszystkie puenty już znam. Nie chcę patrzeć. Wiem, jak to się skończy(...)
                                                                                                                        - Nie patrzę

    Tekstowo album to istna rozprawa Ani z samą sobą co do uczuć. Jesteśmy świadkami tego jak 
dynamicznie unosi się nad ziemią w szczęśliwych, pełnych powszedniego spokoju  nadziejach, tylko po to, by po chwili poznać smak porażki, pustki czy odrzucenia. Wewnętrzną walkę trafnie  ilustruje pierwszy singiel – Nieprawda. Jest to doskonały przykład ukazujący jak bardzo człowiek jest zdolny do składania sobie postanowień, wiedząc w głębi duszy, ze i tak ich nie pokryje.  Nieco pesymistyczny tekstowo utwór został połączony z rytmiczną warstwą muzyczną, przypominającą delikatnie o okresie fascynacją retro w karierze Ani.

Niczego po mnie nie widać, choć szybsze tętno mam(...) jeszcze będę się z tego śmiać  tak się boję tego dnia
                                                                                                                                         - Oddycham

    Jak na Anie przystało, piosenkom ukazanym na płycie daleko do tanecznych, wpadającym w ucho niczym mantra, dźwięków. Jest to materiał popowy, jednak zdecydowanie bardziej do słuchania w odosobnieniu, niż w sytuacjach towarzyskich. Mimo to, utworom nie brakuje chwytliwości. Dynamiczny w wielu przypadkach refren połączony ze świadomie napisanym tekstem przykuwa uwagę słuchacza, jednocześnie nie pozbawiając piosenki szlachetności, a jedynie przełamując melancholijność. Dowodem na tego typu zabieg są nie tylko single Poskładaj mnie czy W głowie , lecz również m.in pozostawione w cieniu marketingu Bez Ciebie

Sobą w końcu zajmij się, nie miej potrzeb i pragnień. Tyle siły w sobie masz od nowa jeszcze raz zaczniesz
                                                                                                                            - Staraj się nie czuć

    Słuchając całego albumu trudno jest jednoznacznie wskazać, które z kompozycji są balladami.  Prawie każdy numer nacechowany jest nutą refleksyjności, a przed chwilą wspomniana ''wybuchowość'' refrenów oraz tematyka przechodząca z radości w sumutek nadaje materiałowi słodko-gorzkiego klimatu. 
Od strony tekstowej Dąbrowska w utworze Naiwny marzyciel staję się, jako podmiot liryczny, osobą pełną nadziei na przyszłość, łatwowiernie snuje idealistyczne plany w sferze relacji damsko-męskich oraz ukazuję piękną, nieskażoną zawodem miłość. Po to by równocześnie stworzyć piosenki przepełnione smakiem porażki w tejże delikatnej materii co dokładnie prezentuje przedostatni utwór ''Staraj się nie czuć''. Można by powiedzieć, że artystka odsłania dwie kontrastujące ze sobą postawy – tytułowej, odmienionej już przez wszystkie przypadki sielankowej naiwności i wiary w lepsze, bądź równie dobre jutro oraz głosu rozsądku i podszeptów zwątpienia. Wszystko to sprawia, iż płyta nie jest ani odrealniona ani kiczowata. Wszystkie elementy składające się na całość utworów doskonale się równoważą. Inną zaletą twórczości Ani Dąbrowskiej jest spersonalizowanie. Nie skupia się ona na opisywaniu konkretnych historii lub sytuacji, lecz przedstawia czyste emocje. Pozwala to słuchaczowi na osobistą interpretacje utworów. 


    Dla naiwnych marzycieli w całości zawiera dziesięć pozycji. Jednak, z myślą o wytrwałych została przygotowana limitowana wersja albumu poszerzona o osiem piosenek. Są to dodatkowe utwory, wersje akustyczne lub remiksy już powstałych lub anglojęzyczne wersje demo. 
Ania Dąbrowska w swoich działaniach nie kieruje się wyrachowaniem, dążącym do podbijania list przebojów czy zdobywania nagród. W stworzonych przez nią utworach dominuje szczerość, prostota, niewymuszona melodyjność na rzecz dobra utworu, a nie sukcesu komercyjnego. Od lat konsekwentnie kreuje swój własny styl, nie pozostawia wątpliwości co do kierunku muzycznego, którym podąża. W związku z tym jedyne co może zrobić słuchacz to ustosunkować się, czy proponowana przez nią estetyka mu odpowiada.

PROPONOWANE

O rodzinie najlepiej w tajemnicy albo wcale

    Moja przygoda z tą pozycją zaczęła się przypadkiem - natrafiłam na rozdanie książkowe, gdzie do zdobycia  była właśnie ona. Zaciekawion...