Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

20/04/2021

„Soundtrack do większej opowieści” – wywiad z zespołem Rozen

W sierpniu zeszłego roku zadebiutowali idealnym do letnich, wręcz biwakowych eskapad singlem Lepszy ląd. Potem przyszła jesień, a wraz z nią przejmujący, przepełniony poczuciem rozpaczliwej straty Nie wyjadę stąd. Koniec zimy należał do romantycznego Tańczyć, którego niesamowicie klimatyczne brzmienie przywodzi na myśl retro prywatki z lat 60. Od 16 kwietnia br. zespół Rozen zaprezentował się w pełnej krasie za sprawą albumu zatytułowanego... Rozen. Trzynaście muzycznych odsłon w akompaniamencie gitar, wiolonczeli,  skrzypiec, perkusji oraz męskiego wokalu to alternatywnie folkowo-popowe utwory z fabułą. O debiucie, płycie, tworzeniu i folku opowiedział mi założyciel tej grup, a zarazem wokalista – Andrzej Rozen.

Fot. Wiktor Franko

Jak to obecnie jest z tym debiutem? Debiutant to nadal „pracownik na okresie próbnym” w oczach managerów wytwórni fonograficznych czy może w erze streamingu to jednak wydawca jest stroną, która musi zabiegać o względy nowych artystów?

Mam wrażenie, że rynek muzyczny nie znalazł dla siebie jeszcze kształtu po tej streamingowej rewolucji. Dotyczy to zarówno statusu wytwórni - jej funkcji, jej modelu biznesowego, jak i też artysty - sposobu w jaki tworzy, sposobu, w jaki buduje rozpoznawalność, w jaki zarabia. To bardzo złożona kwestia, a ja widzę raptem wąski wycinek tego świata. Nam jako zespołowi sporo czasu zajęło znalezienie wytwórni. Zainteresowanie kogoś swoim materiałem w erze tak gigantycznej nadprodukcji muzyki jest trudne. Zwłaszcza gdy mowa o pełnym płytowym materiale, a nie pojedynczych singlach. W tym sensie byliśmy przez lata stroną zabiegającą. Z drugiej strony, gdy już trafiliśmy do wytwórni Fonobo, byliśmy zaskoczeni swobodą twórczą, jaką otrzymaliśmy. Czujemy, że robimy muzykę na swoich warunkach, a wytwórnia nam to umożliwia.

Czy jest coś, czego nie wiedzieliście o tej branży wcześniej, a z czym dopiero po wydaniu singla Lepszy ląd przyszło Wam się zmierzyć?

Dla mnie pewnego rodzaju odkryciem było to, jak ważne staje się dziś wszystko to co wokół muzyki. Przez długi czas żyłem w przeświadczeniu, że muzyka sama się broni. I chyba przez długi czas rzeczywiście tak było. Nie doceniałem tego, ile wysiłku trzeba dziś włożyć w promocję, budowanie zasięgów w mediach społecznościowych. Z kolei ta obecność w mediach społecznościowych często odbywa się dziś na zasadzie fake it till you make it, budowania wrażenia sukcesu i popularności, zanim on realnie nastąpi. Nie spodziewałem się tego, że będziemy w tym nieustającym rozkroku między chęcią (i koniecznością) promowania się a niechęcią do robienia tego w taki narcystyczny, celebrycki sposób. Próbujemy jakoś się w tym odnaleźć. 

Waszą twórczość klasyfikuje się jako hybrydę indie folku z popem. My jako słuchacze możemy się zżyć z myślą, że folk to stała część Wasza muzycznego DNA czy raczej należy traktować go jako tymczasowy eksperyment stylistyczny w Waszym wykonaniu?

Zdecydowanie jest to część naszego DNA, z którą nie zamierzamy się rozstawać. Sam do świata muzyki wszedłem dość niespodziewanie, z intencją robienia folku. Często powtarzałem w różnych prywatnych rozmowach, że nie chodzi mi o robienie jakiejkolwiek muzyki. Nie jest tak, że jeżeli nie wyjdzie z folkiem, założę nowy zespół grający elektronikę, albo soul. Zresztą myślę, że to właśnie ta świadomość, że folk to nasza jedyna droga powodowała, że byliśmy bardziej zdeterminowani.  Z drugiej strony, na początku byłem bardzo dogmatyczny jeżeli chodzi o tę naszą folkowość. Zaczynaliśmy z typowo folkową nazwą, folkowymi inspiracjami, tekstami po angielsku. Myślę, że dziś jestem bardziej otwarty na inne brzmienia. Etykieta popowa już mnie nie przeraża.

 

W jakim stopniu kształt Waszego debiutanckiego albumu Rozen to efekt twórczej jednomyślności, a o ile wypracowanej sztuki kompromisu między wszystkimi członkami kolektywu?

W naszym przypadku proces twórczy wygląda tak, że to ja przynoszę na próby nowe teksty i melodie, które wspólnie aranżujemy i rozwijamy. Opowiadam zespołowi, jaką intencję miałem pisząc tekst, pokazuję inspiracje, opowiadam o skojarzeniach. Z tego punktu widzenia ta twórczość jest bardzo podporządkowana mojej wizji. Natomiast kiedy już zaczynamy pracować razem, ten proces się zmienia. Dominik, Karolina i Kacper wlewają w te piosenki swoją wrażliwość. Często te utwory ewoluują w zaskakujący dla mnie sposób, same nas prowadzą. To jest bardzo przyjemny moment, który więcej ma wspólnego z takim wzajemnym inspirowaniem, niż z godzeniem odmiennych pomysłów. Mam wrażenie, że bardzo dobrze się w zespole uzupełniamy.

Poświęćmy chwilę tekstom. Na płycie znajdziemy zarówno utwory bazujące na metaforach, opisach przeżyć wewnętrznych (Kara, CieńStyczniowy chłód), jak i te bardziej narracyjne (Tańczyć, Lepszy Ląd, Napisy końcowe). Która forma jest Wam bliższa?

I jedne i drugie są mi bliskie, bo czerpią z moich emocji, z moich doświadczeń lub doświadczeń osób mi bliskich. Bliższe są mi chyba jednak teksty narracyjne, bo to jeden ze znaków rozpoznawczych folku. Fabuły przyciągają, pozwalają wywoływać emocje, a nie je opisywać. Pisząc, teksty fabularne staram się jednak, żeby fabuła nie dominowała nad emocją, którą chcę wywołać. Dużo bardziej zależy mi na tym, by słuchacz odnalazł w tekście swoje doświadczenia, niż by zastanawiał się, kogo dotyczy fabuła i jaki ma związek z moim życiem. Teksty fabularne lubię też za to, że pozwalają uniknąć z jednej strony banału, a z drugiej patosu. Mierzyłem się z tym, gdy przestawiłem się z pisania po angielsku na polski. Nasz ojczysty język wybacza dużo mniej. 

Gdyby utwory z albumu Rozen miałyby złożyć się na powieść, jaka byłaby jej fabuła? 

To pytanie ogromnie mnie cieszy, bo w gruncie rzeczy tak właśnie myślałem o tym albumie. Jak o soundtracku do jakieś większej opowieści. To dla mnie historia, w której bohater mierzy się ze stratą, która wywołuje w nim różne emocje - gniew, smutek, tęsknotę. Stopniowo jednak odzyskuje nadzieję, a jego los się odwraca. A co konkretnie tam się wydarza? Mam nadzieję, że słuchacze wypełnią tę opowieść własnymi doświadczeniami.

I tak na koniec. Jako że na ten moment jest to mój ulubiony Wasz utwór, zapytam… Skąd wziął się pomysł na Napisy końcowe?

Ta piosenka to refleksja, która wielokrotnie do mnie wracała. Wiele historii, zwłaszcza tych miłosnych, kończy się happy endem. Jakąś sceną, która stanowi obietnicę, że wszystko dobrze się ułoży. A przecież tego nie wiemy. Co się dzieje gdy z ekranu znikną napisy końcowe? Jesteśmy już skazani na szczęście? W tym tekście jest jakaś niepewność, ale i wiara, że wszystko będzie dobrze. 

26/07/2018

Stadium przypadku naiwnego marzyciela

    Fryderyki - nagrody polskiej akademii fonograficznej  przyznawane od 1995 roku za dokonania na polu muzycznym, miały stanowić odpowiednik amerykańskiego Grammy na rodzimej ziemi. W wyobrażeniach obdarowany statuetką otrzymywał potwierdzenie, iż jego pozycja w branży jest ugruntowana, a on sam jest jednym z najbardziej cenionych artystów z dziedziny muzyki w kraju.
 Odwołując się analogicznie do najważniejszej, amerykańskiej nagrody przemysłu muzycznego, można by domiemać, że otrzymanie Fryderyka to  w założeniach dowód na posiadanie, nie tylko, olbrzymiego talentu, ale również  ogromnej aprobaty słuchaczy. Zaś, prestiż nagrody należy utożsamiać ze wzrostem intratnych kontraktów na arenie estradowej. O tym, jak idealistyczne mrzonki przełożyły się na realia, opowiadać zbyt wiele nie trzeba. Rok w rok przed galą Fryderyków trwają polemiczne dyskusje na temat kontrowersji, jakie wzbudza ten event. Nie mniej jednak, szlachetne pobudki twórców o ''polskim Grammy" trzeba uhonorować. W końcu marzyć każdy może...
A jeśli już jesteśmy po Fryderykach i przy snuciu mniej lub bardziej realnych wizji, nie sposób nie wspomnieć  o artystce, która na swoim koncie ma dziewięć statuetek z rąk ZPAV, a jednocześnie o marzeniach wie całkiem sporo.

    Ania Dąbrowska w 2016 roku po czteroletniej przerwie wydawniczej pojawiła się z nowym albumem. Wokalistka, autorka tekstów i kompozytorka w jednym, od dawna przyzwyczaiła swoich fanów do materiału dość kobiecego, stawiając przy tym na wyważoną i stonowaną produkcję. Po delikatnie dekadenckim Bawię się świetnie, na którym artystka manifestuje świadomą dojrzałość emocjonalną przychodzącą wraz z doświadczeniami, nadszedł czas na odwet. Biorąc pod uwagę romantyczne uosobienie Ani, można by rzec, że jest to bardziej powrót do jej stanu naturalnego niż szalony wybryk. O ile na krążku z 2012 roku deklarowała: Naiwny uśmiech znikł, już go młodszym oddałam, tak tym razem wypowiada się o tej materii w zupełnie innym tonie. Na wstępie, jakby uprzedzając, zaznacza, iż jest to płyta dla marzycieli, a jakby tego było mało - naiwnych. 


    A więc, po takim postawieniu sprawy już na starcie zaczyna się robić trochę słodko, nieżyciowo , a stąd prosta droga do kiczu i banałów. Jakby przyjąć, że jest to wydawnictwo adresowane po prostu do marzycieli, sprawa wyglądałaby o wiele bardziej zachęcająco. W końcu metody dążenia do wyznaczonych celów są elementem niesłabnącego zainteresowania w czasach wiecznego wyścigu szczurów i ery ludzi (nie)zastąpionych, a człowiek bez projekcji własnych planów nie istnieje. Jeśli, jednak, rzecz ma ocierać się o naiwność to nie trzeba być socjologiem, by dojść do wniosku, że mówca motywacyjny z Dąbrowskiej marny. 
Z naiwnością mamy ewidentny problem. Nie jest to cecha pożądana, jakkolwiek przydatna, szybciej prowadząca do zguby niż wartości dodatnich. Najkrócej mówiąc nikt nie chce być naiwny. Ale, każdy jest. Jedni przyznają się do niej otwarcie, uznając za nieodłączną  towarzyszkę   funkcjonowania w życiu. Drudzy unikają jej jak ognia przy określaniu samych siebie, lecz stają u jej progu, gdy zaczynają kierować się emocjami. Naiwność jest wpisana w wiarę, nadzieję i jakkolwiek byśmy nie próbowali daleko od niej nie uciekniemy. 

    Skoro ustaliliśmy, że album Dla naiwnych marzycieli jest dedykowany wbrew pozorom wszystkim, możemy bez poczucia wstydu sięgnąć i przekonać się  w jakich kwestiach Ania Dąbrowska okazała się naiwnym marzycielem...
Gdy bez większego zaskoczenia zorientujemy się, że przyczyna leży w miłosnych zakamarkach duszy, pewnie zaczniemy  zastanawiać się jakim sposobem trzydziestokilkuletnia matka dwójki dzieci dała zapędzić się w tak trywialny kozi róg. Uwzględniając, że artystce daleko do położenia nieskażonej doświadczeniami nastolatki, można przypuszczać, iż los pozwolił jej zweryfikować sielankowe wyobrażenia o związkach, a wszystkich książąt z bajki dawno posłać do zamku w Neuschwanstein. Dlatego, dochodzimy do wniosku, że owa postawa nie wynika z pogoni za niemożliwym, lecz  z przyziemnych egzystencjonalnych potrzeb, bo żyć trzeba.

Wszystkie puenty już znam. Nie chcę patrzeć. Wiem, jak to się skończy(...)
                                                                                                                        - Nie patrzę

    Tekstowo album to istna rozprawa Ani z samą sobą co do uczuć. Jesteśmy świadkami tego jak 
dynamicznie unosi się nad ziemią w szczęśliwych, pełnych powszedniego spokoju  nadziejach, tylko po to, by po chwili poznać smak porażki, pustki czy odrzucenia. Wewnętrzną walkę trafnie  ilustruje pierwszy singiel – Nieprawda. Jest to doskonały przykład ukazujący jak bardzo człowiek jest zdolny do składania sobie postanowień, wiedząc w głębi duszy, ze i tak ich nie pokryje.  Nieco pesymistyczny tekstowo utwór został połączony z rytmiczną warstwą muzyczną, przypominającą delikatnie o okresie fascynacją retro w karierze Ani.

Niczego po mnie nie widać, choć szybsze tętno mam(...) jeszcze będę się z tego śmiać  tak się boję tego dnia
                                                                                                                                         - Oddycham

    Jak na Anie przystało, piosenkom ukazanym na płycie daleko do tanecznych, wpadającym w ucho niczym mantra, dźwięków. Jest to materiał popowy, jednak zdecydowanie bardziej do słuchania w odosobnieniu, niż w sytuacjach towarzyskich. Mimo to, utworom nie brakuje chwytliwości. Dynamiczny w wielu przypadkach refren połączony ze świadomie napisanym tekstem przykuwa uwagę słuchacza, jednocześnie nie pozbawiając piosenki szlachetności, a jedynie przełamując melancholijność. Dowodem na tego typu zabieg są nie tylko single Poskładaj mnie czy W głowie , lecz również m.in pozostawione w cieniu marketingu Bez Ciebie

Sobą w końcu zajmij się, nie miej potrzeb i pragnień. Tyle siły w sobie masz od nowa jeszcze raz zaczniesz
                                                                                                                            - Staraj się nie czuć

    Słuchając całego albumu trudno jest jednoznacznie wskazać, które z kompozycji są balladami.  Prawie każdy numer nacechowany jest nutą refleksyjności, a przed chwilą wspomniana ''wybuchowość'' refrenów oraz tematyka przechodząca z radości w sumutek nadaje materiałowi słodko-gorzkiego klimatu. 
Od strony tekstowej Dąbrowska w utworze Naiwny marzyciel staję się, jako podmiot liryczny, osobą pełną nadziei na przyszłość, łatwowiernie snuje idealistyczne plany w sferze relacji damsko-męskich oraz ukazuję piękną, nieskażoną zawodem miłość. Po to by równocześnie stworzyć piosenki przepełnione smakiem porażki w tejże delikatnej materii co dokładnie prezentuje przedostatni utwór ''Staraj się nie czuć''. Można by powiedzieć, że artystka odsłania dwie kontrastujące ze sobą postawy – tytułowej, odmienionej już przez wszystkie przypadki sielankowej naiwności i wiary w lepsze, bądź równie dobre jutro oraz głosu rozsądku i podszeptów zwątpienia. Wszystko to sprawia, iż płyta nie jest ani odrealniona ani kiczowata. Wszystkie elementy składające się na całość utworów doskonale się równoważą. Inną zaletą twórczości Ani Dąbrowskiej jest spersonalizowanie. Nie skupia się ona na opisywaniu konkretnych historii lub sytuacji, lecz przedstawia czyste emocje. Pozwala to słuchaczowi na osobistą interpretacje utworów. 


    Dla naiwnych marzycieli w całości zawiera dziesięć pozycji. Jednak, z myślą o wytrwałych została przygotowana limitowana wersja albumu poszerzona o osiem piosenek. Są to dodatkowe utwory, wersje akustyczne lub remiksy już powstałych lub anglojęzyczne wersje demo. 
Ania Dąbrowska w swoich działaniach nie kieruje się wyrachowaniem, dążącym do podbijania list przebojów czy zdobywania nagród. W stworzonych przez nią utworach dominuje szczerość, prostota, niewymuszona melodyjność na rzecz dobra utworu, a nie sukcesu komercyjnego. Od lat konsekwentnie kreuje swój własny styl, nie pozostawia wątpliwości co do kierunku muzycznego, którym podąża. W związku z tym jedyne co może zrobić słuchacz to ustosunkować się, czy proponowana przez nią estetyka mu odpowiada.