23/02/2021

„Wszystko, co powinieneś wiedzieć, zanim umrzesz. Tajemnice branży pogrzebowej” – Małgorzata Węglarz [premiera: 24.02.2021]

Recenzja PRZEDPREMIEROWA  | Premiera: 24.02.2021


Cała prawda o polskiej branży funeralnej. Odpowiedzi na pytania, które boimy się zadać. Jak to jest na co dzień mieć kontakt ze śmiercią? Jakie są fakty i mity o branży pogrzebowej? I kiedy bywa naprawdę ciężko? Choć w Polsce umiera rocznie około 400 tysięcy osób, o branży pogrzebowej wiemy niewiele, a to, co usłyszymy od osób, które mają za sobą organizację pogrzebu, bywa kontrowersyjne i budzi w nas lęk. Prawie każdy zna mrożące krew w żyłach opowieści o łamaniu zmarłym kości, pijanych grabarzach czy niebotycznych cenach za pochówek. Jak naprawdę funkcjonuje branża pogrzebowa? Z czym na co dzień spotykają się jej pracownicy? Małgorzata Węglarz w rozmowach m.in. z przedsiębiorcami pogrzebowymi, balsamistami, tanatokosmetologami, mówcami pogrzebowymi i pracownikami hospicjów rozprawia się ze stereotypami i daje odpowiedzi na wiele ważnych pytań. Jak to jest mieć bezustanny kontakt ze śmiercią? Co po śmierci dzieje się z ciałem? Dlaczego Polacy obawiają się kremacji? Jak wygląda pogrzeb XXI wieku? Wszystko, co powinieneś wiedzieć, zanim umrzesz to wyprawa do świata umarłych, której przewodzą całkiem żywi, pełni pasji ludzie.

Gdy otrzymałam od Wydawnictwa Muza propozycję zrecenzowania tej książki, początkowo wcale nie wzbudziło to we mnie entuzjazmu. Nie ma chyba tematu, który by mnie bardziej przerażał. Sądząc po wnioskach samej autorki – nie jestem w mniejszości. O ile śmierć w abstrakcyjnym ujęciu jest jako tako społecznie oswojona, o tyle sam proces odchodzenia i tego, co dzieje się z ciałem na etapie okołopogrzebowym jest kwestią usilnie spychaną z naszych ścieżek myślowych. Nie będę się teraz rozwodzić nad przyczyną takiego stanu rzeczy, (uwarunkowania kulturowe czy instynktowne?) w każdym razie Małgorzacie Węglarz należy oddać, że swoim reportażem stara się przykuć naszą uwagę na element rzeczywistości, od którego świadomie odwracamy wzrok, choć dotyczy on każdego z nas. 

Wszystko, co powinieneś wiedzieć, zanim umrzesz. Tajemnice branży pogrzebowej to zbiór rozmów z osobami związanymi z branżą funeralną. Pojawiają się tam wszyscy, których praca sprowadza się do zajmowania się zwłokami na różnym etapie przygotowań pogrzebowych. O specyfice części tych zawodów powszechnie niewiele się słyszy, albo co gorsza, wiedza ogólna sprowadza się do krzywdzących, szkodliwych (również dla zdrowia niewyedukowanych medycznie żałobników!) mitów. Rozmówcy Węglarz przybliżają tajniki swojego zawodu, dopełniając je znanymi z autopsji anegdotami. Opowiadają o motywach podjęcia się tej profesji, mierzeniu się ze stereotypami, uprzedzeniami społeczeństwa, najtrudniejszych przypadkach w całej karierze, a także o własnych lękach i obciążeniach, jakie niesie za sobą nieustająca styczność z ludzkim odchodzeniem. Nie brakuje też wątków formalnych, które w Polsce pozostawiają wiele do życzenia, podobnie jak transparentność regulacji prawnych. 

Pozytywną cechą książki jest sposób narracji. Autorka niczego nie kreuje. Nie napawa się aurą śmierci, naturalizmu, mroku i tego wszystkiego, w czym lubują się filmowcy, pisarze beletrystki bądź internetowi poszukiwacze sensacji. Bohaterowie reportażu są zwykłymi ludźmi. Mają wrażliwość, współczucie, granice wytrzymałości. Niektórzy otwarcie przyznają, że śmierć ich nadal przeraża. Nieobce są im kryzysy, zwątpienia co do ich dalszej przyszłości w tak obciążającym psychicznie zawodzie. Wbrew pozorom nie jest to pozycja o zmarłych, a o tym, czym jest umieranie z punktu widzenia tych, którzy tu zostają. 

*Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawcą.

11/02/2021

Cudze słowa (2020) – Wit Szostak

Recenzja

Cudzych słowach Wita Szostaka siedem osób kreśli portret Benedykta. Z każdej opowieści wyłania się inny bohater. Czy twórca najoryginalniejszej z krakowskich restauracji, ukochany uczeń charyzmatycznego filozofa i kochanek dwóch niezwykłych kobiet to na pewno ta sama osoba?

Cudze słowa uwodzą wizją śródziemnomorskiej wyspy szczęśliwej i krakowskich mglistych Plant, pachną świeżo pieczonym chlebem i pilawem z jagnięciną. Powoli odkrywają przed czytelnikiem tajemnicę notesów, pełnych cudzych słów.

Cudze słowa to ciągłe budowanie i burzenie mitu, zderzanie się różnych wersji i odkrywanie nieuchwytnej prawdy o człowieku. Wit Szostak poszukując w literaturze nieprzetartych szlaków, tworzy nową literacką jakość.

 

„Nie ma ucieczki przed gębą, jak tylko w inną gębę” — pisał Gombrowicz. Jednak powieść Wita Szostaka to coś więcej niż pełen rozbieżności, bo opowiedziany z perspektywy różnych osób, portret pamięciowy jednego człowieka. Cudze słowa są symulacją tego, jak powstaje legenda, niepozorną rozprawą o potrzebie ulegania mitom oraz przykładem, że nawet najbardziej zażyła znajomość z kimś nie oznacza, że poznało się go naprawdę. Wreszcie, jest to opowieść o słowach – wyartykułowanych, usłyszanych, przemilczanych, przywłaszczonych, nadających wartość i pozbawiających jej.


Książka nie przytłacza objętością, aczkolwiek mniej niż trzysta stron, na których poznajemy życiorys nieżyjącego Benedykta, wysnuty ze wspomnień jego najbliższych, wymaga czujności, momentami zachęca do intelektualnej zadumy. Autor ulokował swoich bohaterów w środowisku filozofów. Zatem nie trudno się domyślić, że lwia część fabuły toczy się wokół egzystencjalnych refleksji, a sama kompozycja utrzymana jest w konwencji pamiętnika. Nie znajdziemy tu trzymającej w napięciu akcji czy dynamicznych posunięć, co nie znaczy, że zabraknie przewrotów i elementów zaskoczenia. Z drugiej strony trzeba przyznać, że tempo narracji jest nierówne. Niektóre fragmenty wzbudzają ciekawość bardziej niż inne. Nie zmienia to jednak faktu, że specyfika książki intryguje dostatecznie mocno, aby nie czuć się znużonym. Szostak sprytnie zaciera granice między pozorami a faktami, tworzy aluzje, spekulacje, niedopowiedzenia. Zaletą jego warsztatu jest umiejętność posługiwania się wieloma odmiennymi stylami wypowiedzi. Pojawiające się w książce osoby charakteryzują się własną ekspresją, indywidualizmem. Dzięki temu ich kreacje nie są papierowe, ponieważ każdej postaci jesteśmy w stanie stworzyć osobny szkic psychologiczny. Bez wątpienia osobiste doświadczenia członków rodziny, współpracowników i przyjaciół Benedykta wnoszą do fabuły znacznie więcej niż poboczne tło – ukazują zawiłość relacji międzyludzkich, skłonności do popełniania błędów, różnice między wizerunkiem publicznym a własną tożsamością, omylność w stawianiu osądów.

Cudze słowa to powieść niejednoznaczna. Autor, kreując świat przedstawiony, zostawił czytelnikowi przestrzeń do samodzielnej interpretacji. Mnogość perspektyw oraz symboli sprawia, że z tej krótkiej historii wyłania się sporo motywów bądź nawiązań, które można odczytać zarówno dosłownie, jak i w przenośni. Choć proza Wita Szostaka mieści się w kategorii beletrystyki obyczajowej, jest to pozycja niezwykle refleksyjna, prowokująca do rozważań, stawiająca pytania, budząca wątpliwości. Zaryzykuję stwierdzenie, że dla każdego, ale we właściwym na takie lektury czasie. 


10/01/2021

„Autyzm stanowi temat tabu” – wywiad z Darią Kacprzak, autorką książki Tajemniczy świat Witka. Mój brat ma autyzm

Daria Kacprzak – pedagog z talentem powieściopisarskim – przyjęła moje zaproszenie do rozmowy o kulisach i powodach powstania jej najnowszej książki Tajemniczy świat Witka. Mój brat ma autyzm.

Powieść Tajemniczy świat Witka. Mój brat ma autyzm porusza problematykę autyzmu wśród dzieci. Jednak to nie autystyczny chłopiec jest jej głównym bohaterem, a jego brat. Skąd decyzja o poprowadzeniu narracji akurat w taki sposób?

Wprowadzenie tematyki autyzmu do fabuły było celowe. Książka dotyczy życia i sposobu, w jaki funkcjonuje chłopiec dotknięty spektrum zaburzeń autystycznych. Jako społeczeństwo borykamy się  z niezrozumieniem, brakiem akceptacji w stosunku nie tylko do dzieci, lecz również dorosłych, którzy przejawiają odmienne cechy charakteru, osobowości. Nie rozumiemy wielu zachowań, ponieważ nie wpisują się w sztywne ramy wzorców, do których przywykliśmy, oraz rzadko obserwujemy je w otoczeniu społecznym; odbiegają one od tego podstawowego, powszechnie przyjętego modelu. Wplecione w treść opisy zachowania Witka pochodzą od osoby z jego najbliższego otoczenia, dzięki czemu forma przekazu jest wiarygodna i zarazem bardzo przystępna, szczególnie dla młodego odbiorcy. Książka adresowana jest nie tylko do dzieci i młodzieży, powstała również z myślą o dorosłych, ponieważ w każdej grupie wiekowej autyzm stanowi temat tabu.

Powiedziałabym, że powieść jest nie tylko próbą ukazania realiów życia z autyzmem, ale dużą lekcją empatii. Maniek jest osobą bardzo współodczuwającą nastroje brata, jak i reszty domowników.

Maniek jest zaledwie kilka lat starszy od Witka. Dla niego zachowanie młodszego brata jest zupełnie naturalne, normalne – co prawda zauważa w nim pewną odmienność, nad którą się jednak nie zastanawia i jej nie analizuje. Maniek jest energicznym chłopcem, dość poważnym jak na swój wiek, który chętnie nawiązuje i utrzymuje relacje z otoczeniem rówieśniczym, w którym każdy jest inny. Dobór treści w książce ma również na celu ukazanie różnorodności ludzi, a zarazem wyjątkowości każdego człowieka. W jaki sposób odnaleźć tę wyjątkowość w człowieku? Myślę, że przede wszystkim poprzez spojrzenie na każdego z empatią, ze zrozumieniem oraz z miłością.

Patrząc na Mańka, można zauważyć, że jest bardzo dojrzały jak na swój wiek. Nie wszystkie dzieci umiałyby aż tak emocjonalnie się wczuć w sytuację. Można powiedzieć, że taki nawyk jest domeną większości osób, które mają w rodzinie kogoś z problemami, czy raczej na tym polega wyjątkowość samego Mańka?

Maniek bardzo troszczy się o swojego brata, jest zachowawczy. Jednak pozostawia Witkowi pewną autonomię w działaniu. Maniek reaguje dopiero w momentach, kiedy bratu może stać się krzywda. Gdy Witek zasypia w samochodzie, Maniek domyśla się, że brat może zmarznąć, więc zdejmuje bluzę i go okrywa. Dla Mańka takie zachowanie jest naturalne – nie zastanawia się, jak w konkretnych sytuacjach postępować. Być może pewne nawyki przejął od swoich rodziców. W tej rodzinie to on jest starszym, a zarazem jedynym bratem Witka. Otacza go taką opieką i czułością, jaką zapewne  większość ludzi chciałaby widzieć w relacjach starszego brata z młodszym w swoich rodzinach. 

Ośmioletni Maniek nie tylko otacza młodszego brata opieką, ale też myśli z wyprzedzeniem o jego potrzebach…

Maniek, podobnie jak rodzeństwo osób z pewnymi problemami czy chorobami, wraz z upływem czasu staje się jak rodzic. Poprzez obserwowanie konkretnych, powtarzających się sytuacji, zachowań potrafi przewidzieć finalny efekt. Jeżeli w rezultacie mogłoby dojść do negatywnego zdarzenia, w którym brat mógłby doznać krzywdy, wówczas Maniek może wkraczać i próbować nie dopuścić do powstania cierpienia u bliskiej osoby. Takie osoby jak Maniek doskonale wiedzą, co i kiedy może nastąpić, jeżeli dopuści się do pewnych sytuacji lub nie przerwie pewnego, pozornie niegroźnego, ciągu zdarzeń, dlatego często starają się temu zapobiec.

Zatem, czy Maniek istnieje naprawdę? Mam na myśli osobę z realnego życia, której postawa mogłaby służyć za pierwowzór.

Myślę, że takich osób jest sporo. Gdy w rodzinie pojawia się jakieś zaburzenie, długotrwała choroba,  reakcja rodzeństwa może przybrać formę nadmiernej opiekuńczości. Maniek dorasta razem z Witkiem, przyzwyczaja się do jego funkcjonowania, towarzyszy mu w naturalny sposób. Jednakże w momencie nagłego pojawienia się w rodzinie jakiejś dysfunkcji któregoś z jej członków, zdarza się przejmowanie pewnych ról oraz zachowań szczególnie przez starsze rodzeństwo.

Z drugiej strony, wybiegając z tej książkowej perspektywy nieco w przyszłość, czy opiekuńczość Mańka niechcący nie stanie się przeszkodą w rozwoju Witka? Osoba z autyzmem, która cały czas przebywa w warunkach kontrolowanych kiedyś będzie musiała sama wyjść do świata, a ten bywa okrutny.

Opiekuńczość Mańka nie wkracza w bezpośrednią strefę Witka. Stanowi towarzyszenie z odległości. Witek pewnie nie do końca ma świadomość, że brat cały czas znajduje się niedaleko, obserwuje go. Maniek pozostawia mu strefę swobody, żeby mógł pozwolić sobie na różne działania. A jednak gdyby coś się działo, Maniek z pewnością zareaguje. Myślę, że nie jest to nic złego, wręcz przeciwnie – poczucie bezpieczeństwa, którego Witek nabiera na tym wczesnym etapie jest ważne. Jeśli teraz zdobędzie pewność siebie i samodzielność w codziennym funkcjonowaniu, łatwiej będzie mógł  zaaklimatyzować się w szkole, gdzie brat nie będzie już w stanie pełnić nad nim opieki.

Skupmy się przez chwilę na położeniu Mańka w tym wszystkim… Co z tej wczesnej lekcji mierzenia się z problemami natury zdrowotno-psychologiczno-socjologicznej Maniek może wynieść na przyszłość, w dorosłe życie?

Myślę, że w przyszłości doświadczenia Mańka z jednej strony będą procentowały, gdyż już teraz widzimy, że chłopiec potrafi dostrzec wyjątkową osobowość swojego brata – uwypukla jego cechy. Myślę, że w przyszłości również będzie dostrzegał różnorodność wśród ludzi i wyjątkowość każdego człowieka. Jednakże z drugiej strony nie jesteśmy w stanie określić, jakie skutki spowoduje zaangażowanie w opiekę nad bratem oraz współodczuwanie. Jestem pewna, że przyszłość zweryfikuje wpływ oddziaływań rodziny na Mańka. 

Poznajemy bohaterów po roku od postawienia diagnozy. Dlaczego towarzyszymy im na tak wczesnym etapie mierzenia się z problemem, a nie na przykład po upływie większego odstępu czasu, gdy spektrum przestaje być czymś nieoswojonym?

Wczesny etap mierzenia się z problemem autyzmu jest bardzo istotny. Z uwagi na życie rodziny w niewielkiej wiosce, chciałam podkreślić, że prawdopodobnie świadomość istnienia zjawiska autyzmu wśród dzieci jest na niższym poziomie niż u ludzi żyjących w dużych miastach. W tym środowisku autyzm jest czymś odległym, ponieważ w najbliższym otoczeniu u nikogo nie został stwierdzony. Proszę zwrócić uwagę, że w momencie, kiedy Witek zaczyna zachowywać się inaczej, tak naprawdę nikt z domowników nie zwraca na to uwagi. Zachowanie chłopca jest postrzegane jako typowe, być może nieznacznie odbiegające od normy. Dopiero nauczycielka w przedszkolu zauważa, że może chodzić o coś więcej. Postawiona po całym szeregu badań diagnoza w rodzinie wywołuje szok – pojawiają się liczne pytania o to, czym w ogóle jest autyzm. Sytuację potęguje lęk o przyszłość Witka oraz o dalsze funkcjonowanie całej rodziny.


Postawa rodziców została zobrazowana. Mama początkowo jest zrozpaczona, ale próbuje na nowo poukładać życie rodziny, dopasować je do potrzeb Witka. Natomiast w przypadku ojca mamy do czynienia z syndromem wyparcia. On tę diagnozę traktuję trochę jako ,,widzimisię”, nie przyjmuje jej do wiadomości.

Myślę, że taka reakcja rodziny na początku jest częsta. Opisany w książce tata zajmuję się gospodarstwem, cały czas przebywa we wsi. Zresztą jego cechą charakterystyczną jest małomówność, on rzadko zabiera głos. U Witka natomiast występuje blokada komunikacyjna [wywołana przez autyzm – przyp. red.], postrzegana przez ojca jako zjawisko zupełnie normalne – w tym wypadku nie doszukiwałby się żadnych zaburzeń, nawet nie poddawałby Witka badaniom. Natomiast u mamy zauważamy postawę bardziej świadomą, nastawioną na natychmiastowe działanie. Mimo wielu obaw, kobieta szybko podejmuje kroki zmierzające do przebadania syna i postawienia diagnozy. Choć na początku u matki pojawia się lęk, nie wpływa on destabilizująco na życie rodziny, która stara się funkcjonować jak dawniej.

Choć te zmagania są przedstawione dość obrazowo, potencjalny czytelnik będący w takiej samej sytuacji, nie otrzymuje gotowych porad, recepty na to, jak wychować takie dziecko społecznie – dostosować się, ale nie zamknąć pod kloszem. To kwestia zbyt indywidualna, aby istniały uniwersalne rady? Każdy rodzic musi wypracować sobie te metody samodzielnie, dostosować je do własnej miary?

Wskazówki typowo terapeutyczne wydaje poradnia psychologiczno-pedagogiczna. Dziecku zostaje postawiona diagnoza i automatycznie pewne działania zostają wdrażane, chociażby przez placówkę oświatową, do której dziecko uczęszcza.  Natomiast drugą kwestią jest funkcjonowanie w rodzinie. Myślę, że podejście rodziców Witka jest zdroworozsądkowe. Na tym etapie wracają do zupełnie normalnego życia, ponieważ w tym momencie nic spektakularnego się nie dzieje. Zapewne pojawi się większe wsparcie rodziców przy czynnościach związanych z nauką Witka większej samodzielności oraz udzielaniem pomocy związanej z edukacją, ponieważ już niebawem nasz główny bohater będzie rozpoczynał naukę w szkole. Zależało mi, aby podkreślić, że w tej rodzinie Witek nadal funkcjonuje normalnie. Nadal może sobie pozwolić na różne zachowania, które oczywiście nie robią nikomu krzywdy, ale są jego osobistymi reakcjami na pewne sytuacje.

Mówimy o szkole, ale w książce są też inne dzieci. Przecież Maniek zabiera brata do rówieśników. Pod tym kasztanowcem wszyscy traktują Witka na równi. Zdają sobie sprawę z jego inności, ale ten wątek pokazuje, że wśród dzieci ta inność jest bardzo szybko akceptowana, różnice łatwo się zacierają.

W książce ukazałam taki stan normalności, jaki powinien również powszechnie panować w społeczeństwie. Moim zamiarem było i w dalszym ciągu jest podejmowanie działań, których celem będzie przeciwdziałanie lękowi przed nawiązywaniem kontaktu oraz wchodzeniem w relacje z osobami z autyzmem. Czasami możemy zauważyć już w najmłodszych wiekowo grupach pewien rodzaj izolacji społecznej – dzieci bawią się razem, a jakaś osoba przebywa z boku, w oddali. Nie zawsze wynika to z indywidualnych preferencji dziecka. Natomiast tutaj mamy przejrzystą sytuację. Wszyscy wiedzą, że Witek czasami reaguje inaczej, ale nikomu to nie przeszkadza. Rówieśnicy pozwalają chłopcu na okazywanie emocji, mimo że sposób ich wyrażania nie zawsze jest rozumiany.

Ciekawa jest również sama sceneria powieści. Mamy sielankową wieś, a na niej dzieci, które w bardzo niewielkim stopniu uległy teraźniejszej modzie na użytkowanie komputerów, tabletów itp. Te dzieci są przyzwyczajone do zabawy na zewnątrz, twarzą w twarz. Czy to pewna sugestia dla młodych czytelników?

Tak. Myślę, że zabawy przedstawione w Tajemniczym świecie Witkasą perspektywą dość kuszącą dla młodych osób, które chętnie zamieniłyby komputer na aktywność na dworze, w towarzystwie rówieśników. Podjęłam ten temat, żeby przypomnieć starszym czytelnikom, jak kiedyś bywało, a jednocześnie zachęcić najmłodszych do bardziej aktywnego sposobu spędzania wolnego czasu.

A propos relacji między bohaterami powieści, nie zapominajmy, że jest jeszcze jedna postać… królik. Czy w wątku tego zwierzątka należy doszukiwać się metafory? Czegoś na zasadzie, że każda inność potrzebuje własnych ścieżek, a każdy ma prawo do indywidualności i traktowania go zgodnie z tym, jaki jest?

W tym wątku mamy ukazany sposób budowania więzi między zwierzątkiem a Witkiem, czego akurat nikt się nie spodziewał. Jednak w pewnym momencie Witek wykazuje wyjątkową dojrzałość i pozwala królikowi na wybór środowiska, w którym chce dalej żyć. Nie zmusza go do niczego. Przedstawiona  historia może dotyczyć również naszego zachowania. Uważam, że możemy pozwolić ludziom zarówno z naszego najbliższego otoczenia, jak i środowiska znajomych funkcjonować tak jak chcą, jeśli oczywiście to nikomu nie zagraża, nie robi nikomu krzywdy. Nie próbujmy na siłę kogoś uszczęśliwiać, zmieniać życia innych ludzi – każdy sam ma prawo do poszukiwania szczęścia oraz wyboru własnej drogi życia.

Co było najtrudniejsze podczas pisania tej książki?

Opisanie bardzo poważnych sytuacji prostym, zrozumiałym językiem. Pisanie dla dzieci nie jest łatwe, każde zdanie powinno być wielokrotnie przeanalizowane pod względem dostępności i wartości dla najmłodszego odbiorcy. Myślę, że dla mnie największą trudność sprawiło i wciąż sprawia ujmowanie skomplikowanych, trudnych tematów w formę prostych, czytelnych zdań, budujących spójną całość. 

Tajemniczy świat Witka. Mój brat ma autyzm podnosi kwestię autyzmu, ale pozostałe Pani powieści również dotykają problemów psychologiczno-społecznych. Zatem czuje się Pani bardziej pedagogiem czy pisarką?

Sytuacje z moich książek pojawiają się w życiu, są gdzieś cały czas obecne. Więc, jeśli występują w książkach, jest to tak naprawdę bardzo naturalne, ponieważ tego rodzaju zdarzenia mogą w każdej chwili spotkać każdego z nas. Natomiast, czy czuję się bardziej pedagogiem czy pisarką? Myślę, że jestem przede wszystkim pedagogiem. Pracuję piętnasty rok w ośrodku szkolno-wychowawczym, zajmuję się nauczaniem i terapią osób ze specjalnymi potrzebami i niepełnosprawnością. Właśnie tam wciąż zdobywam doświadczenie i każdego dnia uczę się czegoś nowego. Pisanie książek traktuję bardziej jak hobby. Mam wrażenie, że każda kolejna książka coraz bardziej dotyczy tego, czym zajmuję się zawodowo. Jednak mimo wszystko, po pierwsze jestem pedagogiem i terapeutą, a dopiero później mogę być odbierana jako autor czy pisarz.

Kreując historie czerpie Pani wyłącznie inspiracje ogólne czy w oparciu o konkretne osoby?

Jednym ze sposobów pozyskiwania przeze mnie informacji do książek jest niewątpliwie obserwacja otoczenia, własnej rodziny, zjawisk przyrody. Postacią realną, którą ukazuję w książce, a z którą mam do czynienia w życiu codziennym, jest biało-szary królik. Jeżeli chodzi o ludzi, na pewno nie pozwoliłabym sobie na opisanie jakiejkolwiek osoby, absolutnie nie zawarłabym dokładnego szkicu postaci, z którą przebywam na co dzień. W moich książkach pojawiają się bohaterowie, którzy mogliby być obecni w życiu każdego z nas, dlatego  niejeden czytelnik może się z nimi utożsamić.

Na koniec, czy losy Witka i Mańka mają szansę na kontynuację?

Tak, mam zamiar napisać kolejne części już niebawem. W tym momencie czekam na reakcję odbiorców na Tajemniczy świat Witka. Mój brat ma autyzm. Ostateczną decyzję podejmę po zweryfikowaniu opinii czytelników.


Daria Kacprzak – Pisarka, autorka książek dla dzieci i młodzieży. Dotychczasowy dorobek literacki stanowią pozycje: „Siła przetrwania”, którą autorka zadebiutowała w 2013 roku, oraz „Wymarzony dom”, dostępna na rynku wydawniczym od 2014 r. Książki cieszą się zainteresowaniem wśród młodzieży, gdyż w ciekawy sposób poruszają istotne zagadnienia, uczą pokonywania trudności oraz akceptacji drugiego człowieka. Od wielu lat zajmuje się nauczaniem i terapią osób ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi oraz niepełnosprawnością, a swoje doświadczenie wykorzystuje w pracy twórczej.

07/01/2021

[RECENZJA PATRONACKA] Tajemniczy świat Witka. Mój brat ma autyzm.

 Tajemniczy świat Witka. Mój brat ma autyzm – Daria Kacprzak (2020)


WYDAWNICTWO PSYCHOSKOK

Wyjątkowa opowieść o życiu i sekretach chłopca dotkniętego spektrum zaburzeń autystycznych. Chłopca przejawiającego odmienny i często niezrozumiały sposób funkcjonowania w środowisku społecznym, ograniczony blokadą słów oraz komunikacyjnych znaków i gestów. W tajemniczy świat Witka zostajemy wprowadzeni poprzez bezpośrednią relację, osoby przebywającej w najbliższym otoczeniu chłopca – jego starszego brata, który opisuje szereg obserwowanych zdarzeń i sytuacji. Nie ocenia, nie krytykuje, pełni jedynie funkcję towarzysza. Książka w prosty sposób przybliża zagadnienie autyzmu. Stanowi poradnik dla dzieci i młodzieży w zakresie obcowania z osobami posiadającymi odmienny sposób spostrzegania oraz reagowania na codzienne sytuacje. Uczy młodego człowieka dostrzegania piękna w inności, a także akceptacji jednostki wraz z całą gamą indywidualnych cech osobowości i zachowania.

    Daria Kacprzak tworzy pozycje przeznaczone głównie dla dzieci i młodzieży, choć ze względu na społeczno-psychologiczne zagadnienia warto, aby również dorośli zapoznali się z jej twórczością. Autorka z zawodu jest pedagogiem / terapeutą z kilkunastoletnim doświadczeniem w placówce opiekuńczo-wychowawczej. Nie trudno więc o wysnucie wniosku, że to działalność na tym gruncie stała się inspiracją do kreowania bohaterów nieco nieoczywistych, wyróżniających się z tłumu przez swoją odmienność, której podłoże tkwi właśnie w przyczynach zdrowotnych. Chyba nikt nie zaprzeczy, że zaburzenia, dysfunkcje, niepełnosprawności bądź przewlekłe schorzenia są tematami nie do końca oswojonymi społecznie. Niekoniecznie dlatego, że brakuje nam dobrej woli – częściej odpowiedniej edukacji. Niewiedza to tylko strach czy uprzedzenia, ale też skrępowanie z obawy przed zachowaniem się nietaktowanie, popadanie w schematyczność, uleganie stereotypom. O ile osoba dorosła posiada nieograniczone narzędzia do poszerzania świadomości, o tyle nie zawsze wiadomo, jak tak skomplikowane sprawy tłumaczyć dzieciom, gdy zachodzi taka potrzeba. Tu z pomocą przychodzą powieści takie jak ta. 

    Po tajemniczym świecie Witka oprowadza nas jego niewiele starszy brat. Maniek ma 8 lat i bacznie przygląda się wszystkiemu, co rozgrywa się w rodzinie. Na pewno, jest to ciekawy zabieg narracyjny, że o życiu osoby z autyzmem dowiadujemy się od kogoś, kto przebywa z nią na co dzień, a do tego zna ją od samego początku. Dzięki temu, opowieści chłopca nabierają autentyczności i pokazują, że odmienność przestaje być czymś niezwykłym, jeśli regularnie się z nią stykamy. Dla Mańka zachowanie Witka stało się naturalne, choć czasami wymaga od domowników cierpliwości lub przeorganizowania pewnych spraw. Wychowanie u wzajemnego boku sprawia, że autystyczny sześciolatek jest przede wszystkim całkiem dobrym kompanem, osobą posiadającą indywidualne zalety oraz umiejętności, których niekiedy nie posiadają nawet inni członkowie ich społeczności.

Świat przedstawiony w powieści jest dość sielankowy. Każdy z nich jest bardzo charakterystyczny. Niezwykle ujmująca jest kreacja samego narratora, czyli starszego z braci – nad wiek rozważny, wrażliwy na świat, empatyczny, wyciągający wnikliwe wnioski Maniek może uchodzić za nieco wyidealizowanego. Jednak w przypadku powieści dla dzieci nie jest to mankament, w końcu takie książki powinny dawać przykład. Bohaterowie zapraszają nas do podwarszawskiej wsi podczas lata. Pomimo że główna tematyka dotyczy funkcjonowania dziecka ze spektrum zaburzeń autystycznych, cała historia ma bardzo lekki charakter. Wszystkie ważne kwestie poruszane są trochę mimochodem, ponieważ na pierwszy plan wysuwają się przygody braci oraz ich rówieśników. Nie znajdziemy tu pouczającego tonu czy edukacyjnych pogadanek. Za sprawą Mańka po prostu podglądamy toczące się życie, wchodzimy w rolę kolejnego dzieciaka, który przyszedł pod kasztanowiec, (strategiczny zakątek spotkań miejscowych dzieci), aby spędzić czas na planowaniu wspólnych przygód. 

Odbiór tej nie zbyt obszernej, bo zaledwie 56 stronicowej książki, będzie różny w zależności od wieku czytelnika. Ci najmłodsi zapewne skupią się na wątkach związanych z atrakcjami wakacyjnej beztroski, uznając chłopca z autyzmem za nietypowego, zaś sympatycznego bohatera tych eskapad. Dla dorosłych znaczące staną się postacie rodziców. Ich reakcje na diagnozę najmłodszego syna, codzienne starania o zapewnienie mu odpowiednich warunków do rozwoju oraz wszelkie różnice między postawą matki a ojca w obliczu problemu. 

    Podsumowując, przyznam, że autorka poprzez fabułę Tajemniczego świata Witka. Mój brat ma autyzm poniekąd przekracza społeczne tabu, pokazując różnorodność świata. Uczy wyrozumiałości, empatii, uważności względem drugiego człowieka. A jednak nie robi tego nachalnie. To nadal jest pozycja, która dostarczy dzieciom tyle samo przesłania, co zwyczajnej rozrywki.


03/08/2020

Napisy końcowe - nowa powieść Mariusza Bylińskiego


Napisy końcowe - Mariusz Byliński

Jest rok 2040. W niewielkim domu opieki na Wyspie mieszkają dwaj mężczyźni: sparaliżowany i podłączony do respiratora Steven i jego opiekun Daniel. Są emigrantami, którzy przyjechali przed laty, aby rozpocząć „nowe życie”. Pewnego dnia odwiedza ich urzędniczka z organizacji dobroczynnej, sprawiając, że ich życie ulega nieoczekiwanej przemianie. Stają przed koniecznością zmierzenia się ze swoją przeszłością i określeniem swojego miejsca w teraźniejszości. Autor opatrzył swoją powieść mottami, które wskazują na dwie znane książki o zbliżonej tematyce: „Śmierć Artemia Cruz” – Carlosa Fuentesa oraz „Powolnego człowieka” – Johna Maxwella Coetzee i określił ją „anty-thrillerem psychologicznym”. Problematyka powieści ogniskuje się wobec trzech tematów: zagadnienia ludzkiej świadomości, problemu niepełnosprawności i wykorzenienia społecznego. Powieść jest literacko wyrażoną polemiką z utartymi interpretacjami powyższych zagadnień.
   
     Zaskoczyła mnie objętość, bo zważywszy na mnogość zagadnień zamieszczonych w opisie, spodziewałabym się przepastnego tomu. Tymczasem, opowiadanie Bylińskiego zamyka się w niecałych 160 stronach, a sposób prowadzenia fabuły przypomina bardziej nowelkę niż wyczerpującą powieść. Oszczędność sprowadza się również do ograniczonej ilości miejsc i bohaterów, których na dobrą sprawę jest tylko trzech – pozostali funkcjonują jedynie w retrospekcjach, bądź stanowią mało znaczące tło. Ta hermetyczność nadaje klimat, pasujący do tematyki. 
Sparaliżowany Steven, jego opiekun Daniel, i pojawiająca się trochę jako deus ex machina Teresa, zamieszkują ośrodek na Wyspie. Takich wysp oraz oddzielonych od siebie okolic jest wiele. Każdy z nich pochodził z innej, zanim ich losy skrzyżowały się na emigracji. Już samo zaaranżowanie świata przedstawionego, podkreśla jakiś rodzaj wyobcowania, osamotnienia. Choć trudno powiedzieć, że bohaterowie są bezsprzecznie samotni – w końcu spędzają ze sobą 24/7, a ze względu na niepełnosprawność jednego z nich zachodzi między nimi pełna zależność – to poczucie samotności przejawia się w ich świadomości pozostania samemu z własnymi lękami, decyzjami, traumami, wadami, mentalnymi konsekwencjami kolei życia. Także jego nieprzewidywalnością. Zresztą rzeczona świadomość jest kwestią, do której sprowadza się konkluzja całej powieści. Lepiej jest pamiętać, czy nie pamiętać? Jak byś postąpił, gdybyś wiedział wcześniej to, co wiesz teraz? Wspomnienia są kluczem do teraźniejszości, czy przeszkodą na drodze ku niej? Każdy rozdział Napisów Końcowych został opatrzony cytatami odnoszącymi się do mechanizmów myślowych w psychice człowieka. Przyznam, że te krótkie sentencje uatrakcyjniły mi czytanie książki. Nieraz nawet pomogły zinterpretować przedstawione w danej części wydarzenia.

Philip Johnson-Laird twierdzi, że świadomość to system operacyjny, który sprawuje kontrolę nad hierarchicznym i równoległym komputerem, zbudowanym z wielu pojedynczych modułów.

     Jak już napomknęłam, akcja jest zaskakująco wartka. Zdziwienie tym większe, że na próżno szukać tam porywających zwrotów czy suspensu, przy którym będziesz gryźć paznokcie z nadmiaru napięcia. Charakter tej prozy jest zdecydowanie refleksyjny, aczkolwiek pamiętam fragmenty, których zdecydowanie bym się nie spodziewała. Na pewno urozmaicenie wprowadziło podzielenie narracji, pokazujące perspektywę więcej niż jednej postaci, oraz nielinearny ciąg przedstawiania zdarzeń.  Po skończeniu lektury zrozumiałam, z czego wynikła wspomniana wcześniej lapidarność. Mimo krótkiej formy i niezbyt szczegółowej kreacji bohaterów Byliński skupił się na aspektach psychologiczno-socjologicznych, opisując je poprzez emocje, drobne zdarzenia, łatwo umykające niuanse. Gdyby dodać do tego rozbudowaną, wielowątkową fabułę, istnieje ryzyko, że czytelnik zacząłby się gubić w natłoku treści. Zresztą przyznam, że zakończenie czytałam kilkukrotnie, ponieważ nie byłam pewna, jak należy je odebrać. W całej książce dużo jest niedopowiedzeń, pozostawionych po to, aby odbiorca mógł samodzielnie wypełnić tę lukę, wyciągając własne wnioski. Mam też wrażenie, że jest to jedna z tych wielowarstwowych pozycji, po które powinno się sięgnąć kilkukrotnie, jeśli się chcę odkryć całe jej przesłanie. 
Napisy końcowe to ciekawa pozycja dla osób dobrze się odnajdujących w tematyce psychologicznej oraz interesujących się kwestiami społecznymi. Sądzę, że znajdzie sobie wielu czytelników, szczególnie w jesienne, melancholijne wieczory. 

   Dziękuję Wydawnictwu Psychoskok za możliwość jej przeczytania i uiszczenia tej drobnej recenzji. 

28/03/2019

"Wszystko co wiem o moim życiu, dowiedziałam się od innych" - Anna Ciarkowska "Pestki"

     Są takie książki obok, których nie można przejść obojętnie. Chce się przeczytać. Nie ‘’kiedyś”, nie ‘’przy okazji”, ale ,,teraz’’, ‘’jak najszybciej się da”. Teoretycznie, dzieje się tak w dwóch przypadkach: albo historia, znajdująca się za okładką, wydaje się na tyle frapująca, albo dostrzegamy w jej treści jakąś szczególną wartość. Właśnie to drugie sprowokowało mnie do sięgnięcia po pozycję, o której dzisiaj mam zamiar napisać. Gdy tylko przeczytałam opis, wiedziałam, że muszę się za nią zabrać i to w wersji tradycyjnej - papierowej, bo strona wizualna, w tym twarda oprawa, przyciągała uwagę nie mniej niż zawartość.

"Pestki" - Anna Ciarkowska (2019)



Intymne zapiski o uwikłaniu w powinności i konieczności, o tym, co trzeba i co należy. Opowiadania układają się w historię o dziewczynie, która wtłoczona w świat utkany ze słów matki, babci, koleżanek, nauczycielek, chłopaków, kochanków, partnerów, pełen konwenansów i zasad zaczyna kawałek po kawałku tracić swoje życie. To ślady jej próby odnalezienia się w rzeczywistości, której sztywne ramy nie znoszą sprzeciwu, inności i wrażliwości.

Codzienność składa się z gestów i słów. Czasem zostawiają one w nas mikrourazy, drobne skaleczenia, które nie chcą się goić i układają się w kolejne warstwy smutku. Czy poczucie osamotnienia jest ceną za nadwrażliwość na świat?


     Pierwsze co mnie zaskoczyło, gdy powieść znalazła się w moich rękach to objętość. Tekst został rozmieszczony dość specyficznie. Całość składa się z trzech części, które stanowią poszczególne etapy życia głównej bohaterki, a pomiędzy rozdziałami następuje przerwa jednej, bądź niekiedy pół, strony. W związku z tym, cała historia jest znacznie krótsza niż mogłaby wskazywać i tak niezbyt liczna ilość stron. Oczywiście, ta przestrzeń została wprowadzona celowo, trochę na takiej zasadzie jak czarne tło pojawiające się w filmie między scenami albo wielokropki w wierszach Norwida. No dobra, z tym ostatnim porównaniem może ‘’lekko’’ przesadziłam. A propos, pierwiastek pewnej poetyckości jest widoczny w stylu pisania autorki. Porównania, wyszukane metafory. Dla mnie osobiście trochę przyciężkie, ale zapewne znajdą swoich wielbicieli. 
Dowodem świadczącym o tym, że mamy do czynienia z prozą aspirującą do lirycznej jest już sama kreacja głównej postaci. Zostaje nam przedstawiona jako dziewczynka urodzona na granicy północy, a jej życie poznajemy z anegdot pisanych na styl zapisków z pamiętnika, tyle, że z dialogami jak w klasycznej powieści. Choć takie wprowadzenie mogłoby zwiastować, że jest to historia z pogranicza fantastyki bądź oniryzmu, nic bardziej mylnego. Bohaterka jak najbardziej żyje tu i teraz w świecie współczesnym, otoczona osobami jakich wiele. I to właśnie relacje jednostka - otoczenie stanowią tutaj główną problematykę ‘’Pestki”.

Dorosłość to wyspa, do której wszyscy próbujemy dopłynąć. (...) Byle szybciej znaleźć się na nieskończonych białych piaskach, o których tyle mówią. (..) Aż pewnego dnia dnia fala wyrzuca nas na błotniste nadbrzeże, gdzie koczują steki takich jak my. Tysiące. Większość przywyka i zapomina o oceanie. Niektórzy uparcie próbują do niego wrócić. To jest to? Czy to już? Czy jest coś jeszcze?

     Są słowa, które każdy z nas, niemal bez wyjątku, słyszał. Jak będziesz duża to zrozumiesz, nie jesteś pępkiem świata, inni mają gorzej, co wy tam wiecie o życiu... Są też takie, wypowiedziane mniej lub bardziej świadomie, których nie możemy wymazać z pamięci mimo upływu lat. Te przyjemne, które budują oraz te okrutne, które potrafią zniszczyć. Ciarkowska w tak zwięzłej formie spróbowała poddać refleksji, jaki wpływ na człowieka może mieć środowisko, utarte nawyki, schematy postępowania, pojedyncze zdarzenia, czyli zdawać by się mogło błahostki dnia codziennego. Losy dziewczynki, a później kobiety to losy kogoś kto próbuje znaleźć konsensus pomiędzy byciem sobą a tym co wypada. Prawda, że mocny temat?
       Nie tylko mocny, ale i wartościowy dla czytelnika. Nie ze względu na moralizatorski ton, bo go tu nie ma. Nie ma też recepty jak odnaleźć się w utartych konwenansach społeczeństwa. ‘’Pestki” to zbiór refleksji o nas samych, naszej mentalności, naturze człowieka, problemach, które napotykamy na różnych etapach życia i pytaniach, które każdy z nas sobie zadaje.

Nie za każdym uśmiechem stoi uśmiechnięty człowiek.

     Z drugiej jednak strony, nie potrafię jednoznacznie ocenić, co myślę o tej książce. W pewnym momencie, w ostatniej części, zachowanie bohaterki wymyka mi się z obrazu, który sobie na jej temat stworzyłam podczas czytania. Dostrzegam tam jakąś przesadę, nieproporcjonalność pomiędzy przyczyną a skutkiem, akcją a reakcją. Zastanawia mnie, dlaczego autorka zdecydowała się poprowadzić fabułę właśnie w taki sposób. Skoro postawiła na takie a nie inne zakończenie, dlaczego nie wpisała w życiorys bohaterki zdarzeń mających bardziej wyrazisty koloryt, taki którego żaden czytelnik nie odważy się zlekceważyć. Jednocześnie, tłumaczę  sobie, że być może na tym polega tytułowa pestka. Właśnie tak powstaje. Gdy brakuje nam empatii, zrozumienia, gdy próbujemy wartościować poczucie bólu czy krzywdy. A przecież wrażliwość każdego człowieka jest niewymierna. Nie powinno się porównywać prawdziwości odczuć jednej osoby z inną. Więc, może Ciarkowskiej właśnie o takie rozwiązanie sprawy chodziło. Pozwala nam najpierw poczuć podobieństwo między nami a narratorką, by następnie pokazać, że każdy z nas mimowolnie potrafi stanąć się po drugiej stronie barykady, jako ten, który rozsiewa w innych ludziach ‘’pestki’’. 
Mam kilka ulubionych fragmentów, cytatów, rozdziałów. Chociaż znalazłam tam też takie, których zasadności osobiście nie rozumiem, bardzo podoba mi się ogólny pomysł na powieść. Myślę, że za jakiś czas wrócę do niej, żeby skonfrontować pierwsze wrażenie z kolejnym. Niewykluczone, że moja interpretacja się wtedy zmieni. Dostrzegę coś czego teraz nie widzę albo zmienię perspektywę patrzenia. Póki co, zachęcam Was do przeczytania. 

_______
Opis książki pochodzi z LUBIMY CZYTAĆ.
Przytoczone fragmenty pochodzą z książki Anny Ciarkowskiej ''Pestki"

15/03/2019

Sztuka obroni się sama? W ,,Velvet Buzzsaw" na pewno!

    Nie oglądam horrorów. Tak naprawdę nie wiem, czy widziałam jakikolwiek, pomijając te z początków kina, które były zaledwie prototypami tego, co dziś ten gatunek ma do zaoferowania. Oczywiste, że im starsza produkcja, tym mniej przekonuje i  mniej pobudza wyobraźnie widzów. Powód iście prosty. Technika idzie do przodu. To co wydawało się przerażające 60 lat temu, dzisiaj będzie odbierane jako karykatura. W końcu, pierwsza mrożąca krew w żyłach scena w historii kinematografii, w trakcie której widownia wpadła w panikę,  przedstawiała… nadjeżdżający pociąg. Tym samym w 1895 roku bracia Lumière, zostali nie tylko “ojcami-założycielami” dzieła filmowego, ale też pierwszymi twórcami, którzy nieświadomie, lecz za to skutecznie zaaplikowali swoim widzom konkretną dawkę adrenaliny. Później nie było wcale inaczej. To co w zamiarze miało bawić, finalnie przyprawiało o zawał serca. Ostatecznie w XX wieku okazało się, że dobre źródło inspiracji stanowią powieści gotyckie. Ich adaptacje, ekranizacje, czy reinterpretacje to korzenie  filmów grozy. Gdyby nie pióro Mary W. Shelley nie zobaczylibyśmy na ekranie przerażających monstrum, wyobrażenia o krwiożerczych wampirach zawdzięczamy Williamowi Polidori oraz Bramowi Stokerowi, który powołał do życia samego Drakulę. Nieoceniony wkład w ten gatunek wniósł również Edgar Allan Poe budując skrzętnie motyw suspensu w swoich, później adaptowanych, dziełach. Wniosek z tego taki, iż co prawda zmienia się świat i ludzie, ale utarte w sztuce motywy, niezależnie od upływu czasu, nadal się sprawdzają. Jednakże, ta nieśmiertelność oparta jest nie tylko na tym, iż niosą one za sobą jakieś uniwersum. Istotne jest również to, że do gotowego ,,szkieletu” twórcy potrafią dodać od siebie nową jakość i ożywić go na nowo. Tylko nikt nie powiedział, że za każdym razem będzie to udana próba. 


Z Velvet Buzzsaw, filmem Dana Gliroya miałam okazję zapoznać się przypadkowo. Skusił mnie temat sztuki i szczerze mówiąc stwierdziłam, że im mniej wiem o fabule, tym ciekawszy będzie to seans. Sam zwiastun nie opiewał bynajmniej w sceny, które by miały spędzać mi sen z powiek, choć jak głosi dyskrypcja jest to horror. Zaczynając, jednak od początku…
Już od pierwszych scen bije rozmaitością barw, gwarem i swego rodzaju przerysowaniem w zachowaniach postaci. Gdyby nie znać kraju produkcji, śmiało można posądzić o nią Hiszpanię lub Amerykę Południową. Jednak, nic z tych rzeczy. Obok Jake’a Gyllenhaala na ekranie widzimy m.in Johna Malkovicha, Toni Collette czy Rene Russo, a akcja rozgrywa się w samym sercu próżnego i żądnego sukcesu Los Angeles. Trzeba przyznać, iż wizualnie kadry prezentują się ciekawie ze względu na zachowaną estetykę, różnorodność kolorów czy kadrowanie. W końcu o plastyce i percepcji tu mowa. W założeniu twórców, oparcie fabuły o klimaty związane z malarstwem miały nieść głębszą myśl. Bowiem, jest to powtórka z lekcji historii na temat idei sztuki okraszona morałem, który nie tylko wkłada film na półkę z kategorią ,,horror’’, ale przede wszystkim wbija szpilę współczesnemu, materialistycznemu  światkowi sztuki. Bezdyskusyjnie sam pomysł posiada potencjał. Jednak wykonanie to oddzielna kwestia. 
Ciekawy scenariusz, dobrzy aktorzy, gigantyczny budżet, czyli zdaje się wszystko czego potrzebuje świetna produkcja. Jak wspominałam, mam znikome doświadczenie jeśli chodzi o ten gatunek, więc tym bardziej mogę stwierdzić, że używanie w przypadku  propozycji Gliroya  określenia film grozy, bądź nawet thriller jest nadużyciem. Swoją drogą, zastanawiam się czy nie było to ostatecznie zamierzone, by uzyskać coś na wzór pastiszu. Ciężko mi sobie wyobrazić, iż na etapie realizacji montażu nikt nie zorientował się, że komputerowo naniesiony płomień nie wygląda profesjonalnie, upiory wychodzące z ram obrazów są śmieszne w swej prostocie, zamiast straszne, a scena urwanej ręki...Serio? Nie wiem, czy ze względu na braki ekonomiczne czy niedociągnięcia w pracy scenografów, ale wszystko, co miało składać się na mroczność tej produkcji, było przeraźliwie żenujące. Chyba lepiej byłoby dla wszystkich, gdyby te sceny pozostały dostarczone widzom w domyśle. Autorzy zaoszczędzili by sobie kompromitacji, a wyobraźnia widzów wykreowała by te sceny bardziej wiarygodnie jak na horror przystało. 
Oprócz głównego wątku, jesteśmy świadkami pobocznych zdarzeń rozgrywających się w życiu prywatnym bohaterów. Fakt, że każdy z nich ma swoją przeszłość, wady i osobowość jest akurat plusem. Aktorzy (chyba jako nieliczni) wywiązali się ze swojej pracy sumiennie, co widać szczególnie w postaciach granych przez Gyllenhaala i Russo. Bohaterowie poboczni również postaciowo jak i aktorsko wnieśli do fabuły więcej niż można się spodziewać. Każda postać to składnik akcji oraz odmienne spojrzenie na rozgrywające się wydarzenia. Jednakże, skupienie uwagi na relacji Josephina-Morf przez ¼ filmu było nie tylko zbędne, nic nie wnoszące, ale przede wszystkim na tyle pokręcone, że zastanawia mnie kto i po co wpadł na pomysł takiego wykreowania tej dwójki. 
Nie umiem trafnie podsumować tej 1h 50 min. Mam wrażenie, że ta główna moralizatorska idea została trochę przytłoczona przez całą resztę. Przeciętny widz, raczej niekoniecznie będzie chciał poddać się, aż tak głębokiej refleksji nad tym, co zobaczył, by dotrzeć do sedna. Prawdopodobnie, jego oczekiwania oscylowały wokół wieczoru z dreszczykiem, na co liczyć się nie powinno włączając akurat ten tytuł. To nie tak, że było całkiem nudno i nieciekawie. Mimo wszystko, oglądając czeka się na finał.  Z jednej strony działo się dużo, z drugiej równie wiele zabrakło. Miało przerażać, a więcej było czarnego humoru, komizmu postaci oraz ironicznego uśmiechu. Mam nadzieje, że wszystkie te reakcje zostały jednak zaplanowane przez twórców. Lepiej jest uważać Velvet Buzzsaw za prześmiewczą satyrę na dość poważny temat konsumpcjonizmu, niż horror/thriller klasy C. A więc… pozostaje tylko zmienić etykietkę z kategorią zawartą w opisie produkcji.





25/02/2019

"Każdy kraj ma swój sekret". A jaki jest sekret Polski według Netflixa?

              Przyznam, że na polski serial Netflixa czekałam. Media podsycały nie tylko zainteresowanie, mającą powstać produkcją, ale też nakręcały całą machinę oczekiwań. W końcu amerykański gigant streamowy to jakby przedsionek Hollywoodu, a już na pewno centrum kultury Zachodu, której członkami chcielibyśmy być. W każdym razie, fakt, że czerwone N dostrzegło polskich twórców, w jednej chwili podniosło opinię wielu na temat rodzimego przemysłu audiowizualnego o kilka oczek w górę. Nie bez znaczenia w kreowaniu takiego entuzjazmu był światowy sukces Zimnej Wojny. Jednak, jak to bywa, ostudzenie przyszło wraz z wypuszczeniem 1983 na rynek. A konkretnie na 193, bo w tylu krajach emisja jest dostępna. Podczas gdy, być może, jeszcze nie wszyscy abonenci platformy zdążyli się zorientować, że produkcja ujrzała światło dzienne, te same, wyżej wspomniane źródła zdążyły wylać wiadro zimnej wody na głowy rządnych  wielkiego bumu zapaleńców. Krótko mówiąc, puentą zostało stwierdzenie, że właściwie to wyszło jak zawsze. Niektórzy skusili się dodać, iż Netflix słynie z zaledwie kilku perełek, a większość jego zasobów to podobne temu szmiry. 
               Zgodzę się, w tak rozbudowanej ofercie nierealne jest, żeby każda pozycja była najwyższych lotów. Sama potrafię wymienić te niekoniecznie interesujące lub te ewidentnie niedorobione, a serwowane przez ową domenę. Ideałów nie ma.  Wracając do meritum, postanowiłam przekonać się na własne oczy, jak finalnie prezentuje się polska kropka na netfliksowej  mapie świata. Poszło szybciej niż myślałam. Nawet wytykane palcami przez recenzentów dialogi nie były dla mnie mankamentem aż takiego kalibru, żeby drastycznie wpłynęły na całokształt. Może dlatego, że gorsze, karykaturalnie sztuczne funkcjonują w znacznym procencie rodzimych seriali telewizyjnych. Poza tym, nie oszukujmy się, w lubianych amerykańskich produkcjach to nie poeci pracują przy rozpisaniu scenariusza. Sęk w tym, że nasze uszy są bardziej tolerancyjne dla języka obcego, bo najzwyczajniej jesteśmy w nim mniej obeznani i nie tak łatwo wyłapujemy wszystkie niuanse jak w mowie ojczystej. W tym przypadku, usprawiedliwieniem może być fakt, że oryginalny tekst serialu powstał po angielsku, a następnie został przełożony na nasz język. Ale, co oprócz tego…? 


                     Gdy Polacy wychodzą z ekranową twórczością poza granice własnego kraju, nikt nie jest zaskoczony, że najpewniej będzie to obraz ku krzewieniu pamięci zbiorowej dotyczącej naszych trudnych, pełnych martyrologii, ale też niezłomności dziejów narodowych. Wykorzystujemy je w sztuce równie często, jak często później tworzymy afery i polemiki z nimi związane. Wydaje się, więc, że Joshua Long czerpiąc w swoim projekcie z panującego przed laty w Europie Wschodniej komunizmu, wybrnął z grząskiego gruntu zwinnie, kreując wizję political fiction. Ukazana fabuła to świat jakiego w prawdziwej  historii Polski nigdy nie było i nie ma. Owszem, to co widzimy na ekranie, nie wzięło się z powietrza, jednak jest to zupełnie alternatywna, oderwana od rzeczywistości Polska. Powiedziałabym, iż zaprojektowana od podstaw przestrzeń, to pewnie uniwersum prawdziwych krajów czy miast. Hybryda, która równie dobrze mogłaby odnosić się do każdej innej powierzchni geograficznej.
                    Nasza ojczyzna według Netflixa to stolica państwa totalitarnego, gdzie wszystko podlega woli i kontroli rządu. Wolność i prywatność są definiowane jako posłuszność organom władzy, gdyż według doktryny tylko partia jest w stanie zapewnić jednostce bezpieczeństwo, nawet jeśli stosowane metody są zamachem na pryncypialne prawa człowieka. Jednym słowem antyutopia. Z drugiej strony, przez 8 sezonów widzimy Warszawę industrialną, nowoczesną, co ciekawe multikulturową.  Na domiar wszystkiego, dzięki mieszkającym tu Wietnamczykom, zyskaliśmy nie tylko egzotyczną dzielnicę zwaną “Małym Sajgonem” serwującą azjatyckie specjały, ale przede wszystkim staliśmy się zaawansowaną technologicznie kolebką kontynentu, nadto będącą w posiadaniu broni jądrowej. Kuszące? Dla bohaterów, którzy ponieśli ofiarę takiego porządku niekoniecznie. Bo co jeśli ceną tego wszystkiego jest prawda? Co jest lepsze, wygodne życie, czy świadome życie? 
                              W 1983 intryga została zgotowana naprawdę misternie. Niedopowiedzenia, zwroty i dynamika akcji... Scenarzysta nie ma oporu pogrywać z widzem wpuszczając go w tzw. maliny, dezorientując, czy też wystawiając naszą czujność na próbę. Cały obraz nie byłby nie tyle intrygujący, gdyby postacie były wykreowane jednowymiarowo jak na niezobowiązującą opowieść przystało, gdzie podział na “dobry - zły” jest wyraźny. Nic z tego. Tutaj każdy to człowiek z krwi i kości. Nie ważne kto kim jest, doskonale zna smak zemsty, poświęcenia, nienawiści, miłości... Za zachowaniem każdego z nich stoi jego osobista logika, doświadczenia, które go zbudowały. Bezwzględne okrucieństwo miesza się z troską, szlachetne pobudki z osobistymi porachunkami. Nie ma drogi na skróty. Bohaterzy są złożeni, fabuła zawiła, widz zadziwiony. Bowiem, serial nie opiera się na jednym wątku. W tle dzieją się też inne wydarzenia. Choć w pierwszym sezonie patrzymy na nie z pobłażaniem, zbyt skupieni na meritum, dość prawdopodobne, iż to one mogą wywrócić cały przebieg wydarzeń do góry nogami. Inną sprawą jest to, że takie nagromadzenie wydarzeń w zaledwie ośmiu odcinkach, wprowadza lekki chaos i chwilami ciężko nadążyć, co w aktualnej chwili się tam rozgrywa. Nie zabiera to przyjemności z oglądania, aczkolwiek wygląda tak, jakby chciano “wepchnąć” do fabuły jak najwięcej w obawie przed tym, że szansy na pokazanie tego w drugim sezonie może nie być. Ostatni odcinek zakończył się cliffhangerem, co daje nadzieję na kolejną transzę. A od strony wątków, które nie doczekały się finału, 2 sezon ma bardzo duży potencjał, aby utrzymać poziom i ciekawość odbiorców na przynajmniej takim samym poziomie, co debiut. 



                          Pozostaje jeszcze najbardziej sporna kwestia, a mianowicie dobór obsady i techniczne wykonanie. W naszych umysłach zakorzeniona jest raczej negatywna opinia o polskich twórcach. Co prawda, weszliśmy w okres, w którym się to bardzo powoli zmienia. Jednak, jak już wbijemy sobie do głowy, że aktorzy serialowi w tym kraju grać nie umieją to żadna siła nie przekona nas, by dać szansę i zobaczyć jak ten ktoś wypadł w nowej produkcji. Tutaj, zniechęcenie padło pod adresem Maćka Musiała, który mocno kojarzy się głównie z Rodzinką.pl lub użyczaniem wizerunku na poczet reklam tudzież programów rozrywkowych. Otóż, z jakiejkolwiek odległości by się przypatrzeć,odważę się powiedzieć,, że wbrew ogólnie przyjętej ocenię nie położył znacząco swojej roli. Zresztą, postać Kajetana Skowrona jest sama w sobie specyficzna. Obok niego na ekranie widzimy całe grono młodych, początkujących aktorów, jak i również znanych w branży: Chyra, Więckiewicz, Olszówka, Błaszczyk, Zbrojewicz, Lubos, Zborowski...Inną ważną częścią produkcji jest wykonanie techniczne oraz scenografia. Imponujące jest stworzenie urządzeń technologicznych, które nie istnieją w prawdziwym życiu, starannie dobrane plenery oraz wnętrza. Na marginesie, trochę smutne jest, że dla stworzenia jednej, modernistycznej, bogatej w ciekawe miejsca Warszawy trzeba zjechać całą Polskę, bo jedno województwo nie jest w stanie zapewnić dostatecznie “filmowej” scenerii. W nawiązaniu do wpływu ekipy i anturażu na całość projektu, przychodzi mi na myśl Belle Epoque - kosztowna produkcja TVNu  sprzed kilku lat, której wolałabym nie pamiętać. Największym bólem było to, iż  gromadziła całkiem zacne nazwiska, dysponowała gigantycznym budżetem, zarys fabuły też dawał pole do popisu, ale efekt końcowy był miażdżąco zły, bo wszystko zostało wykonane z kija i papieru. O tą kwestie w 1983 nie musimy się martwić. Jest momentami bardzo dobrze, momentami przyzwoicie, bez żenady.

                            Losy polskiego serialu są zależne od decyzji amerykańskiej platformy oraz wyników oglądalności na całym świecie. Dla tych z wielkimi ambicjami na międzynarodowy fenomen...nie czujcie się zawiedzeni. Nie wydaję mi się, żeby założenia realizatorów skupiały się od razu na dorównaniu światowym hitom Raczej nie takie są też oczekiwania samego Netflixa. Dowodem na to jest chociażby nikła promocja tego tytułu, w porównaniu z flagowymi propozycjami witryny, jak np. wypuszczony w tym samym roku Maniac. Także, do ekranów! Najlepiej pozwolić sobie na wyrobienie własnego zdania, niż powielać cudze. Nigdy nie wiadomo, na ile jest zgodne z naszym.

15/01/2019

Oderwij się! Bo co jeśli jesteś niczym...?

     Kto nie lubi obejrzeć dobrego filmu? W kinie na dużym ekranie z grupą znajomych, bądź na kanapie dla chwili relaksu. Jedni w kółko oglądają to co dobrze znają, odkrywając na nowo wszystkie detale, inni śledzą nowości, nerwowo wypatrując premiery. Są też tacy, którzy bawią się w poszukiwaczy skarbów, przeczesując zasoby filmograficzne w poszukiwaniu zapomnianych czy niedocenionych perełek. Romans, dramat, komedia, film biograficzny, przygodowy, thriller, horror, science-fiction, animacja… wymieniać można by długo, łączyć gatunki również. Oczywiste jest to, że nie każdy lubi wszystko, co oferuje afisz, więc dowolność w dobieraniu repertuaru, szczególnie w dzisiejszych czasach, daje potencjalnemu widzowi duże pole do popisu. Pozostaje jeszcze kwestia teatru, który wydaje się być odbierany nieco bardziej topornie przez przeciętnego zjadacza popcornu. Bo bardziej statyczny, bo bywa trudny w odbiorze, bo niedosłowny, bo nie ma efektów specjalnych. Ale i tutaj znajdzie się grono koneserów, niekoniecznie znawców, bowiem zdarzają się też laicy wyłapujący spektakle, chociażby z ogólnodostępnego Teatru Telewizji. Tyle, że to już inna bajka i nie na dzisiejszy temat - wybaczcie dygresję. Jednak odbijając się od wszystkich gatunków wizualizacji fabuły, dochodzę do meritum w postaci...filmu dokumentalnego.
     Jak sama nazwa wskazuje jest to produkcja mająca na celu udokumentowanie jakiegoś zjawiska. Przybliżenie go niewtajemniczonym odbiorcom, szersze spojrzenie na zagadnienie. Najczęściej napotykamy się na nią w szkolnej ławce, gdzie służy nauczycielowi za pomoc naukową. Czasami sięgamy po nią sami, chcąc dokładniej przyjrzeć się tematowi. W każdym razie, o czym doskonale wiemy,  tego typu obrazy powstają w celach użytkowych, ideologicznych, edukacyjnych, propagujących więc logiczne, że w wykonaniu dominuje przerost treści nad formą. Technicznie, często, są to kadry proste, z ukrytej kamery, w żaden sposób niestylizowane. Wszak oto przecież chodzi by oddawały rzeczywistość taką jaka jest. Jeśli mam wypowiadać się za siebie to filmy dokumentalne kojarzyły mi się właśnie z  suchym nagromadzeniem informacji. Krótko mówiąc bardzo musiała interesować mnie tematyka, by po niego sięgnąć, bo oprócz studni wiedzy nic więcej autor nie zaoferuje. I w tym momencie nadchodzi punkt kulminacyjny, całego dzisiejszego wywodu, w postaci…

MILLENNIUM DOCS AGAINST GRAVITY

Największy w Polsce festiwal filmów dokumentalnych. który corocznie odbywa się w maju w Warszawie, Wrocławiu, Gdyni, Lublinie i Bydgoszczy. W jeden z weekendów festiwalu, w ramach projektu „Weekend z Millennium Docs Against Gravity”, gości dodatkowo w blisko 20 miastach w całej Polsce. To jeden z największych i najważniejszych festiwali filmów dokumentalnych w Europie. W 2009 roku festiwal zdobył prestiżową Nagrodę Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej jako najważniejsze międzynarodowe wydarzenie filmowe w Polsce. Odbył się pod hasłem ODERWIJ SIĘ.



     Na festiwalu filmów dokumentalnych znalazłam się można rzec, o tyle przypadkowo, że nie w celach rekreacyjnych. Możliwość obejrzenia produkcji była życzliwym bonusem do powierzonej pracy. Dlatego też, moje spojrzenie na propozycje konkursowe było czysto amatorskie, gdyż do tej pory, o czym wspominałam, ten gatunek kojarzył mi się mało artystycznie. O ile wybierając się na seanse oczekiwałam jedynie przybytku wiadomości, o tyle wyszłam z kina z przeświadczeniem, że to co zobaczyłam to niewątpliwie sztuka.
W zasadzie niezależnie od poruszanych kwestii materiały odbierało się z zainteresowaniem. Bowiem w tych przypadkach, nie tylko, scenarzysta nakierował na najpotrzebniejsze fakty, ale też reżyser miał konkretną wizję, a operator nie ograniczał swojej pracy do najbardziej banalnych ujęć. Nie chodzi tu absolutnie o koloryzowanie, upiększanie na siłę tego, co szare, brzydkie, niekorzystne - nakładanie na rzeczywistość filtra, by była dla widza bardziej atrakcyjna. Nie. W dalszym ciągu były to rzetelne dokumenty. Często pokazujące rzeczy trudne, niesprawiedliwe albo kontrowersyjne, nie mające nic wspólnego z sielskim pięknem.  Jednak w tym wszystkim twórcy nie zapomnieli, że nie piszą encyklopedii, a robią ruchomy obraz, który ma pochłonąć nie tylko ucho, ale też oko. Stąd różne formy narracji, kadrowanie na modłę filmów fabularnych, gdzie kamera przygląda się rozgrywanym wydarzeniom, a nie prowadzi reportaż. Poza tym, nieoczywiste przejścia, przebitki, retrospekcje, muzyka budująca klimat...Nie ważne, jak bardzo odległe od moich zainteresowań wydawałoby się omawiane zagadnienie, po prostu chciało się brnąć w to dalej, odkrywać to co wcześniej nieznane.

 Film o niczym (In paradise of nothing)

Jak pokazać Nic? Wydaje się to zadaniem ekstremalnie trudnym. Film to seria krótkich, głównie statycznych ujęć nakręconych przez 62 operatorów (m.n. Vitalija Mansky’ego i Michaela Glawoggera) w różnych miejscach w 70 krajach, na których widać lub czuć tytułowe Nic. Chodzi o to, aby widz doświadczył pozytywnego potencjału Niczego na swój indywidualny sposób, poprzez czystą kinową przyjemność. Ścieżkę dźwiękową filmu stanowi muzyka The Tiger Lillies, a głosem monologu Nicości jest sam Iggy Pop.



    Jeśli miałabym wymienić produkcję, która najbardziej utkwiła mi w pamięci to wybór będzie automatyczny, tudzież padnie tytuł Film o Niczym Borisa Mitica. Czy komuś coś mówi kino serbskie? Przyznam, że mi niewiele. Statyczne ujęcia? Boże, czyli, że ktoś będzie przez 78 minut wyświetlał mi slajdy, być może okraszone zaledwie muzyką...i ja mam tam wysiedzieć?! Taka mniej więcej była moja reakcja po zapoznaniu się z opisem. Byłam gotowa szczerze darować sobie ten seans, gdyż przyjemność wydawała mi się wątpliwa. Nie pamiętam dlaczego zmieniłam zdanie, ale była to jedna z najbardziej magicznych produkcji z jaką się spotkałam. Iggy Pop jako narrator wygłaszający poemat, będący jednocześnie fabułą całego filmu. O życiu, o współczesności, o człowieku, o emocjach… o niczym. Równocześnie zmieniające się kadry, na których uwieczniony został świat takim, jakim go doskonale znamy, jakim się otaczamy, na jakiego nie zwracamy na co dzień uwagi… Z jednej strony fascynująco, magicznie, niemal jak baśń. Z drugiej strony dociera świadomość, że ten mistycyzm to życie tu i teraz, a to co zostało przedstawione to prawda, okrutna szczerość. Dowód na to, że mniej znaczy więcej, a nie pokazując nic, można pokazać wszystko.
    Pozostałe dokumenty (choć nie wszystkie z proponowanych widziałam) dotyczyły w zasadzie od zagadnień politycznych przez kulturowe, aż po naukowe. Aczkolwiek z  każdego wylewała się duża wrażliwość twórców, wyczucie smaku, szacunek nie tylko do podmiotów filmu, ale również do widza, który w kinowym fotelu zmierzy się z efektami. Widz, który ma nie tylko rozum służący do przyswajania wiedzy, ale także wrażliwość aktywną na bodźce płynące z ekranu i oczy rządne wizualnych doznań. Wiadomo, gdyby chcieć bawić się w recenzje każdej pozycji indywidualnie, znalazłoby się nie jedno, co można było zrobić lepiej. Jednakże, nie zapomnę, że przed festiwalem mój pogląd na dokumenty był zdecydowanie mniej synonimiczny sztuce, niż po zakończeniu festiwalu. Sądzę, że nie jestem odosobniona w tym wrażeniu. Nie wiem ilu ludzi spontanicznie wybiera się na filmy dokumentalne, nawet jeśli tematyka wydaje się nie leżeć w kręgu ich zainteresowań. Wiem, za to, że konfrontacja z  “Millennium Docs Against Gravity” zmieniła diametralnie moje nastawienie w tej materii.

Strona festiwalu
https://mdag.pl/16/pl/warszawa/homepage

15/09/2018

POST GOŚCINNY Kasi z Czarno Na Kreatywnym: Smak żalu

     Pisanie jest dla mnie czymś więcej, niż tylko pasją. Już dawno weszłam w fazę czystego uzależnienia, które czasem nie pozwala mi normalnie funkcjonować. Jestem jednak człowiekiem: miewam swoje gorsze momenty, załamania, chwile zwątpienia. Dziś postaram się odnaleźć złoty środek i po prostu wytłumaczyć Wam, co jest t a k i e g o w sztuce zwanej pisaniem.

Magia słów, haj masochizmu, krzywdy i cierpienia

     Mam nadzieję, że ten hardcorowy podtytuł Was nie odstraszył. Muszę jednak przyznać, że gdybym miała w kilku słowach opisać, dlaczego kocham pisać, powyższe zdanie byłoby idealną odpowiedzią. Uwielbiam to robić, ponieważ w ten sposób po prostu mogę się wyżyć: stworzyć bohaterów, którzy są nieprzyzwoicie idealni, albo takich pełnych wad. Wymyślić postacie pełne cech ludzkich, kończące swój żywot na mój głupi kaprys. Tak to po prostu działa: to my — autorzy — jesteśmy władcami. To my pociągamy za sznurki, więc szczęście, powodzenie oraz ogólnie: życie postaci, zależy od nas.

Z czym to się je? Czyli jak nasz humor oddziałuje na pisanie

 Większość kobiecych czytelniczek tego wpisu doskonale wie, co dzieje się z nami podczas okresu. Jasne, mogłabym tu przytoczyć inny przykład, ale po co niepotrzebnie się bawić, skoro dzięki temu nakreślę wszystko tak, jak to być powinno? Prawdą jest, że każda z nas przechodzi menstruację na inny sposób, dlatego posłużę się przykładem z autopsji, czyli samą sobą. Widzicie: wyczuwam czerwone dni jakiś czas przed, obserwując zmianę we własnym zachowaniu. Łapie mnie dół, mam ochotę wszystkich pozabijać, albo — dla odmiany — zrobić krzywdę sobie (tu chodzi bardziej o wyzwiska, self-hate, niż cielesną krzywdę, spokojnie). Co robię, aby jakoś przeżyć te kilka ciężkich dni? To proste: testuję wytrzymałość moich bohaterów. 
Kiedyś myślałam, że co za dużo, to nie zdrowo. Bo w końcu ile mogą cierpieć stworzone przeze mnie postacie? Ale — jak się okazało — im więcej bólu, żalu oraz krwi, tym lepiej. Ludziom jest wtedy łatwiej współczuć protagoniście, łatwiej też idzie im zrozumienie motywacji największego złoczyńcy. Podsumowując: cierpienie jest dobre, ale musimy uważać, żeby naprawdę nie przesadzić. W tym wypadku nie ma raczej złotego środka, bo każdy autor musi iść na własne wyczucie, ponieważ łatwo jest przekroczyć granicę zdrowego masochizmu, a przesadzonego użalania się nad bohaterem.
Pamiętajcie, proszę, że opowiadanie nie może składać się tylko z jednego czynnika: chwile szczęścia, radości czy po prostu monotonii również są naprawdę dobre, a przede wszystkim: przydatne oraz naprawdę potrzebne, aby nadać postaciom cechy prawdziwych ludzi.
Jest naprawdę wiele rzeczy, które mogłabym teraz poruszyć: planowanie, tworzenie bohaterów, miast i całej reszty, ale zajęłoby mi to dobre piętnaście (jak nie więcej) stron, zmieniając ten krótki felieton w coś na kształt książki lub pełnoprawnego poradnika. Poniżej postaram się więc wytłumaczyć Wam te naj-naj-najważniejsze punkty, wymagane wręcz podczas prób pisania. Bo, widzicie, to nie jest tak łatwe, że o: otwieramy dokument i piszemy. O nie. Za tym stoi cała anatomia planowania, rozpoczynająca się na czymś tak niepozornym, jak wygląd bohatera, kończąc na złożonej magii jego umysłu oraz zachowań. 

To trzeba mieć na uwadze, zanim zacznie się tworzyć:

  • Kreację postaci, aby od początku ułatwić sobie pisanie.  Według mnie, kreacja postaci jest jedną z najbardziej wyczerpujących rzeczy. Trzeba mieć pomysł i widzieć wszystko: wygląd naszego bohatera, jego typowe odzywki, wady, zachowanie, nawyki, sposób w jaki się porusza, czy nawet je. Gdy jednak przebolejemy tę część, pisanie powinno pójść jak z płatka. Bohater sam wczuje się w opisywaną sytuację, reagując w swój mniej lub bardziej wyjątkowy sposób. Tu rzuci anegdotą, tam parsknie, chociaż sytuacja wymaga grobowej ciszy. Po prostu: swoim brakiem perfekcjonizmu odbiega od normy. Nie jest taki, jak wszyscy. 
  • Połączenie przyczynowo-skutkowe, bo żadna historia nie będzie wiarygodna, jeśli wydarzenia odbędą się — za przeproszeniem — z dupy. Jeśli Wasz bohater utracił kogoś bliskiego, logiczne jest, że musi przejść żałobę. Nie powinien więc następnego dnia wrócić do szkoły i udawać, że nic się nie stało. Istnieje oczywiście opcja tego, iż tak po prostu odrzuca od siebie żal, ale mimo wszystko warto jest wspomnieć powyższe wydarzenie, dodając, że cierpi wewnętrznie. Po prostu nadmieniać, że coś takiego miało miejsce i że uśmiercenie tamtej postaci miało głębszy sens. 
  • Charakter bohatera, a jego reakcja, aby mimo wszystko sprawnie wyjść z opisywanej sytuacji, nie strzelając sobie w kolano. Często spotykam w opowiadaniach postacie, które z pozoru są odważne, a w ryzykownej sytuacji mimo wszystko kruszą się niczym małe dzieci. Pod odpowiednią presją emocjonalną: jasne, mogą w końcu pęknąć, ale do tego punktu, którego kropla przelewa szalę goryczy, trzeba jakoś dojść. Drobne niepowodzenia, kilka żali i dramatów, które razem zniszczą naszą postać: tak, to jest wiarygodne, ale pamiętajcie, że jeśli od samego początku kreujecie bohatera na kogoś pewnego siebie oraz silnego, nie może zmienić się bez żadnej przyczyny. A skoro o tym mowa...
  • Pewność tego, co się robi, ponieważ czasem po prostu trzeba udawać, nawet jeśli to wierutne kłamstwo. Ten punkt jest przeznaczony do wszystkich twórców mojego pokroju, bo chociaż na swoim koncie mam już jedno wydanie, kilka opowiadań oraz rozpoczętą książkę, często cierpię twórcze katusze, ponieważ nie wierzę w to, że moje teksty faktycznie się do czegoś nadają. Inni widzą w nich to co dobre, chwalą (czasem oczywiście krytykują, bo to normalne, ale nadal nie wylewają na niego wiadra pomyj), więc gdzie leży problem? Ano w tym, że czasem autor nie umie uwierzyć w to, co robi. Bo przecież lepiej jest sobie ponarzekać, wzruszyć ramionami i wrócić do oglądania serialu. Lekcje się nie odrobią same, nowy film nie obejrzy się sam, a pisanie przecież nie ucieknie, może za miesiąc mi się zachce, może właśnie za miesiąc będą na tyle pewny/a swojego pomysłu, aby konsekwentnie przelać go na papier?
     Nieprawda. Tutaj musimy pobudzić w sobie impuls, który od samego początku wmawiał nam, że pomysł, który kiełkuje w głowie, ma potencjał. Bez względu na to, jak bardzo schematyczny: wyjdzie z niego coś dobrego, ponieważ w połączeniu ze stworzonymi przez nas postaciami, z wizerunkiem miejsca, dodającego uroku i nakreślającego nasz twór, końcowy owoc, czyli nasze opowiadanie, stanie się soczyste, wiarygodnie przepyszne oraz niesamowicie wyjątkowe. 
Wystarczy po prostu uwierzyć w siebie i swój pomysł: to tylko tyle i tyle. 


_____________
W poście wykorzystano zdjęcia stockowe.